Blog Krystiana Gradowskiego
sobota, 28 stycznia 2012
W 2012 jak po grudzie, do autostrady daleko. Sporting Lizbona w kryzysie

Gdy w połowie grudnia warszawska Legia wylosowała Sporting Lizbona, tradycyjnie nie było powodów bo przesadnego optymizmu. Bo i owszem – zawsze mogło być gorzej, ale to Portugalczycy słusznie stawiani byli w roli faworytów, którzy z większymi lub mniejszymi problemami powinni przejść dalej. Miesiąc później cała hierarchia nie uległa zburzeniu, jej filary też zdają się być jeszcze stabilne, ale ich jakość  z każdym kolejnym występem Lwów daje coraz więcej do myślenia. Solidne fundamenty obierają kurs na grożące zawaleniem poniemieckie ruiny, bo Sporting znów zawiódł. Znów stracił punkty i znów zafundował kibicom kompletną nudę. Aktualnie to już czwarte miejsce w tabeli.

 

Daleko nam do entuzjazmu, tym bardziej gdy Legia zamiast ligowych meczów z FC Porto grać będzie towarzyskie z reprezentacją Turkmenistanu, ale kibice drużyny z Portugalii na pewno mają powody do niepokoju. Ostatnie pięć meczów w lidze to jedno zwycięstwo, podobnie jak ostatnie pięć meczów ogółem. Ale w niektórych statystykach jest jeszcze gorzej – dwa remisy i trzy porażki to wynik pięciu najświeższych wyjazdów. Wydaje się, że w czwartek sytuacja Sportingu może nabrać lekkich kolorów, bo na Estadio Jose Alvalade w ramach Pucharu Ligi zawita wicelider drugiej ligi, Moreirense FC. Jeżeli gospodarze tego meczu nie wygrają, będzie można mówić o poważnym kryzysie…

 

Przed niedzielnym meczem w Bradze Domingos Paciencia stwierdził, że nie wolno im już tracić punktów, bo dotychczas pozbyli się ich za dużo. Teoria to jedno, praktyka drugie – były klub trenera Lwów kontrolował całe spotkanie i spokojnie wygrał 2:1, choć mógł wyżej. Po meczu pojawiły się pierwsze głosy „a może tak zmiana trenera?”, których na razie nikt nie traktuje poważnie. Wielkie zmiany kadrowe do których doszło latem, kilka kontuzji i dotychczasowy dorobek Paciencii każą trochę z rezerwą podchodzić do aktualnej formy Sportingu, ale niektórzy zaczynają mieć dość. Męczarnie ze słabeuszami i brak zwycięstw z największymi rywalami sugerują, że jednak nie wszystko wygląda tak jak powinno, bo diastemy w klawiaturze Domingosa są coraz bardziej widoczne. Wystarczy brak jednego piłkarza i gra ofensywna kuleje, najlepszym pomocnikiem jest powracający po kontuzji Izmailov, a cała obrona jest siebie warta. Mało tego, do drużyny dochodzą kolejni piłkarze, co do których pojawia się coraz więcej znaków zapytania – wpasują się w przeciętność czy dadzą nową jakość? Zbyt wiele czynników na opcję numer dwa nie wskazuje, przynajmniej w najbliższym czasie.

 

Wbrew pozorom, w ciągu ostatniego miesiąca na Alvlade sporo się zmieniło. Częściowo za sprawą słabych wyników, częściowo przez okno transferowe. Najpierw do zespołu wrócił Renato Neto, który wcześniejsze półtora sezonu spędził na wypożyczeniu w belgijskim Cercle Brugge, gdzie zbierał pozytywne recenzje. - Jestem szczęśliwy i zaskoczony, ale z przyjemnością dołączę do drużyny. Zrobię co w mojej mocy, aby fani byli zadowoleni i obiecuję pracować na najwyższym poziomie, aby pomóc Sportingowi – oznajmił po ogłoszeniu transferu 20-letni Brazylijczyk, któremu na razie było dane zagrać 53 minuty w bezbramkowo zremisowanym meczu z Porto, gdzie zbyt wiele nie pomógł, choć akurat do niego nikt nie powinien mieć większych pretensji. Ten mecz był ogólnie jednym z najnudniejszych jakie ostatnio oglądaliśmy – spalony gonił spalonego, a brak pomysłu na grę po prostu przerażał. Zaraz po powrocie Neto ściągnięto Brazylijczyka Xandão i Urugwajczyka Sebastiána Ribasa. Obaj w tym roku skończą 24 lata i nadal są uważani za wielką niewiadomą z talentem – Xandão wypożyczono z São Paulo, w którym nie pokazał niczego nadzwyczajnego, a największym osiągnięciem Ribasa jest tytuł króla strzelców drugiej ligi francuskiej z zeszłego sezonu, przez co trafił do Genoi. Wszystko wyglądałoby całkiem nieźle i może nawet transfer wykrystalizowałby się w logiczną całość, gdyby nie fakt, że we Włoszech nie zagrał ani jednego meczu. Przy deficycie dobrych napastników ruch ten nie wygląda na szczególnie przemyślany.

 

No właśnie, przy deficycie. W zielono-białej części Lizbony jest Ricky van Wolfswinkel i potem długo, długo nic. Aktualnie Holender leczy kontuzje i atak Sportingu gra naprawdę koncertowo. Tyle, że jest to koncert nieudolności, taka Mandaryna z pamiętnego Sopotu. Koślawy Bojinov, nieograny Ribas, młody Diego Rubio. Bułgar, który prawdopodobnie do końca kariery będzie uznawany za talent; za bombę z opóźnionym – ale zawsze – zapłonem, traktowany jest już przez kibiców jak kara. Prawie nic mu się nie udaje, sporo zepsuje nawet mimo szczerych chęci. Podczas niedzielnego meczu w Bradze jednym z najbardziej wymownych obrazków był motyw z końcówki spotkania, gdzie goście dostali rzut wolny z interesującej odległości. Piłką zainteresowanych było kilku piłkarzy, ale strzelał Bojinov. Oczywiście w najgorszy z możliwych sposobów – prosto w mur. Metodą Janusza Wójcika.

 

 Bojinov jest tylko ikoną plag lizbońskich, które dotykają Sporting. Jeden z najbardziej wartościowych pomocników, Marat Izmailov, jest permanentnie kontuzjowany, a gdy już zagra to i tak należy do jednych z najbardziej wyróżniających się piłkarzy na boisku. – Lekarze muszą coś z tym zrobić, bo Marat zaraz po powrocie po kontuzji odnosi kolejną. Nie jest w stanie grać przez dłuższy okres czasu. To jest niebezpieczne nie tylko dla niego i dla nas, bowiem to naprawdę ważny zawodnik – stwierdził pod koniec ubiegłego roku Paciencia. To, jak ważny, pokazał w ligowym meczu z FC Porto, wracając po kontuzji – spędził na boisku pół godziny, a zrobił więcej niż jego kilku kolegów, którzy wybiegli w podstawowym składzie. Kilka dni później kolejny mecz oglądał już z trybun, bo wspomniane pół godziny wystarczyło, by nabawił się drobnego urazu, który wykluczył jego obecność w meczu, w którym Sporting rzutem na taśmę uratował remis z Nacionalem Funchal. Na piętnaście minut przed końcem regulaminowego czasu goście prowadzili 2:0 i finał Pucharu Portugalii mieli na wyciągnięcie ręki, jednak Elias i Stijn Schaars cudem doprowadzili do remisu i w rewanżu jeszcze mogą przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Tam Sporting powinien doznać poważnego wzmocnienia - Nacional raczej zagra w jedenastu. Anderson Polga to kolejna z gwiazd, która gdy tylko pojawi się na boisku, wieszczy porażkę, regularnie brużdżąc swojemu zespołowi. Tak też było w półfinale z Funchal, kiedy to grał jako  ukryty asystent gości, choć mecz z Bragą pokazał, że pod jego nieobecność mogą znaleźć się godni następcy – w tym przypadku duet Oguchi Onyewu i Rui Patricio, gdzie jeden nieczysto podaje piłkę, a drugi łapie. Efektem rzut wolny pośredni z linii pola bramkowego i rozpaczliwa interwencja podstawowego bramkarza reprezentacji Portugalii.

 

W roku 2012 Sporting jeszcze nie wygrał. Gra mieliznę, nudę. Oglądanie ich meczów nie powinno być powodem do dumy, a każda minuta spędzona przed telewizorem wywołuje wyrzuty sumienia. Niepewna obrona, mało kreatywna pomoc i nieskuteczny atak powoli ciuła punkty, jednak w każdym meczu pojawia się piłkarz, który próbuje jakoś rozruszać grę, co może wywoływać symptomy optymizmu wśród lizbońskich kibiców. Raz Marat Izmailov, kiedy indziej Matias Fernandez. Aktualnie Lwy cierpią przez brak van Wolfswinkela, choć i on przed kontuzją złapał dołek formy, a jego licznik goli przestał zmieniać cyferki.

 

Do meczu z Legią pozostało jeszcze trochę czasu i w zasadzie wiele może się zmienić – wystarczy, że van Wolfswinkel zastąpi Bojinova, który jest materiałem bardziej na domek z bali niż na silny zespół, Marat Izmailov nie będzie kontuzjowany, Matias Fernandez zagra jak z Bragą, a Stijn Schaars wystrzeli jeden ze swoich pocisków i może być po awansie. Albo Paciencia postawi na duet stoperów Onyewu- Xandão, którego średnia wzrostu wyniesie 194 centymetry i wtedy gra w powietrzu nie będzie najlepszym rozwiązaniem. Ale niewykluczone, że RvV krzywo stanie, Izmailov otworzy lodówkę, a Anderson Polga wybiegnie w podstawowym składzie – wtedy wszystko możliwe.

 

19.01.2012 / Weszło

czwartek, 26 stycznia 2012
Wszyscy widzieli 2

Kiedy po pierwszym z półfinałowych meczów Ligi Mistrzów z zeszłego sezonu napisałem tekst „Wszyscy widzieli”, nie spodziewałem się, że jego kontynuację przyjdzie mi kiedykolwiek napisać, choć brałem pod uwagę, że sędziowie faktycznie lubią się mylić w jedną stronę i fakt ten tak szybko może się nie zmienić.

 

Dziś, a właściwie wczoraj, mieliśmy do czynienia z kolejną grabieżą – zamiast rezultatu 2:3, po ostatnim gwizdku sędziego Teixeiry na tablicy świetlnej widniało 2:2, chociaż w tym dniu widnieć nie powinno. A przynajmniej nie po zakończeniu meczu…

 

Owszem, winni są i w Madrycie, bo sytuacje jakie sobie stworzyli, choć przy pomocy obrony gospodarzy, należy po prostu wykorzystywać. Gonzalo Higuain nie miał najlepszego dnia, ale i cała niemoc piłkarzy Realu w Grani Derbi jest ciężka do zrozumienia – w większości meczów na skuteczność nie narzekają, a sytuacje jakie dziś marnował Higuain, w spotkaniu z innym rywalem wykorzystałby z zamkniętymi oczami. Może zabrakło Benzemy od początku? Może. Zabrakło szczęścia? Także. Prawie w każdym derbowym pojedynku „Królewscy” obijają poprzeczkę strzałami z dystansu, podczas gdy katalońskie torpedy wlatują do siatki – vide Villa i Alves. Ale cóż, to jedynie obserwacja.

 

Dziś Madryt pokazał, że się da. Nie wiem; sam nie wiem czy ta Barcelona była ofiarą fantastycznej gry Realu, czy też sama sobie lekko obniżyła poprzeczkę, ale szczerze mówiąc - mało mnie to interesuje. Da się wygrać jeden na jeden, można strzelić trzy gole, można wygrać na Camp Nou. Czyżby to piątkowe przemówienie Mourinho tak zmotywowało piłkarzy? Jeżeli nie, to na pewno zrobił to ten pojedynek.

 

Na pewno popis dał dziś sędzia – o ile w sprawie karnych można się kłócić, o tyle gol Ramosa oczywisty. Teixeira zaprezentował się z gracją brazylijskich arbitrów, którzy w każdym meczu muszą coś wykombinować i najczęściej swoją nieudolność pokazują poprzez kuriozalne decyzje. Już „Idź świętować z nimi” w ustach Ikera Casillasa, jak dotąd elegantiarum, ma dość wymowny wydźwięk…

 

Swoją drogą, niezmiennie dziwi mnie zapraszanie Andrzeja Strejlaua w roli eksperta. Strejlau tu, Strejlau tam... Zabrakło tylko Hołdysa.

wtorek, 24 stycznia 2012
Jacques Chirac

Dwa lata… nawet sporo, przynajmniej jak na mnie. Nigdy nie miałem zapału do prowadzenia bloga, zawsze pogląd na jego posiadanie zmieniał mi się diametralnie. Gdy zakładałem tego, nie wkładałem go w ramy czasowe, choć przewidywałem, że może przeżyć miesiąc, dwa, trzy. Ale dwa lata? Wówczas nie byłbym tego taki pewien.

 

Jasne, że żaden wyczyn. Po tych lekko ponad dwóch latach nadszedł czas, by przeszedł małe odświeżenie. Już jakiś czas temu top został zmieniony, a kilka miesięcy później napadłem na szablon. Teraz top zniknął, a blog wygląda lepiej. Chyba lepiej. Tamten stał się już tak opatrzony, że nie szło z nim wytrzymać, choć przedłużałem moment zmiany, aby dociągnąć do bariery dwóch lat – ot, taka fanaberia.

 

Najlepsze jest to, że przez te dwa lata nie było miesiąca, aby nie pojawił się na nim żaden tekst i to cieszy, podobnie jak progres, który zaszedł od stycznia 2010. Jedne teksty były lepsze, drugie gorsze – bywa, i tak też pewnie będzie bywało w najbliższej (i nie tylko) przyszłości.

 

Istotna sprawa: w nowym wyglądzie jest mała wada – niektóre teksty są zlane, a wcześniejsze akapity dziś akapitami już nie są, stąd w wielu miejscach może to wyglądać dość brzydko; wiem to. Wiem, ale nie za bardzo chce mi się to poprawiać, manewr ten popełniłem zaledwie z częścią najnowszych wypocin i tak pewnie pozostanie. 

 

PS Jak już jesteśmy przy bezsensownej notce, w której nie można skręcić na offtopic, to oczywiście: STOP ACTA. Sorry, nie chcę być gorszy.

czwartek, 19 stycznia 2012
Całuje się z Fabiańskim i łamie szczęki. Kim jest Andy Carroll?

Polskie tasiemce mają jeden frazes, którego aktorzy używają za każdym razem, gdy trzeba wyjaśnić jakieś namiętne uniesienie: „to tylko nic nie znaczący pocałunek”. Ostatnio piłkarski świat śmieje się jedynie dlatego, że Andy Carroll i Łukasz Fabiański postanowili zbadać swoje gardła, w dodatku przy wypełnionym po brzegi stadionie. Polski bramkarz może mówić o szczęściu nie tylko dlatego, że był raptem ofiarą gry komputerowej, ale i z innych powodów – znajomość z Carrollem znaczy niemal tyle samo co „mieć kłopoty”. To jeszcze nic, bo nawet związek partnerski może skończyć się przymusową wizytą w szpitalu. Gwiazda angielskich boisk zabierze was w podróż po kokainie, kasynach i sądach – jedziemy!

 

Bezkompromisowy, nieustępliwy, chamski i w końcu głupi – Carroll słyszy to dość często. Pewnie nawet na tyle do tego przywykł, że nie robi to na nim wrażenia. Zresztą on taki jest – wszystko i wszystkich ma w głębokim poważaniu, więc robi co mu się podoba. Chce wypić piwo – pije. Chce wypić osiem – też pije, a czasami doprawi ścieżką. Wayne Rooney to przy nim potulny baranek, a Piotr Świerczewski przypomina oazę spokoju i drugie wcielenie Tenzina Gjaco. Trudno się dziwić, skoro mowa o wychowanku Newcastle United - klubu, który ostatnimi laty dysponował sporą grupką popaprańców. Joey Barton? Kevin Nolan? Idealne towarzystwo do wchodzenia w dorosłość.

 

- On jest bardzo młody i jego zachowanie w tym momencie ma kluczowe znaczenie dla jego kariery. Powinien pić mniej piwa i cały czas musi być ostrożny – stwierdził niedawno Fabio Capello. Tymi słowami wysyłał dość jasny sygnał, który należy rozumieć jako „chłopie, weź się za siebie”, na co ów chłop zareagował z właściwym sobie cum tacent, clamant. Wypowiedzi trenera nie spodobały się za to się legendarnemu Alanowi Shearerowi, który postanowił wziąć swojego ulubieńca w obronę: - Na miejscu Carrolla byłbym bardzo zdenerwowany tego typu sytuacją. Sugerowanie na łamach prasy nadużywania alkoholu przez piłkarza było złym posunięciem Capello. Wiem z doświadczenia, że większość trenerów stara się radzić sobie z takimi sytuacjami podczas rozmowy w cztery oczy. Tym bardziej dziwi mnie postawa selekcjonera – przyznał, następnie dodając: - Oczywiście, obecnie niekwestionowanym numerem jeden w ataku jest Wayne Rooney. Nie zmienia to jednak faktu, iż Andy w formie jest równie groźnym graczem - pokazał to jeszcze w Newcastle i gdy wróci do swojej optymalnej formy, wtedy wszyscy zrozumieją, dlaczego Kenny Dalglish zapłacił za niego 35 milionów.

 

Ale na razie do tego daleko – zarówno do zrozumienia, jak i do dobrej formy. W Liverpoolu jest cieniem samego siebie, miota się i statystuje przy wyczynach Luisa Suareza, a do słabych występów dorzuca kontuzje. Pewnie gdyby nie parasol ochronny w formie Fernando Torresa i jego przenosin do Chelsea, kibice szybko zaczęliby z niego kpić. Nawet Derek Llambias, który nadzorował jego transfer do Liverpoolu, ostatnio nie wyrażał się o nim zbyt pochlebnie: - Carroll jest chuja warty, a ja miałem kontrolę w formie Torresa. 30 milionów? Spierdalajcie, powiedziałem. Na 35 zgodzili się wszyscy, ale oni chcieli spłacać to w ratach przez cztery lata. Beznadzieja. Mike, który jest właścicielem klubu, powiedział by wpłacili wszystko od razu. Załatwiliśmy, a oni nie zapłacili na czas. No to naliczyliśmy im 12 tysięcy pierdolonych odsetek – stwierdził z wrodzoną dyplomacją. Inna sprawa, że sam 22-latek od czasu do czasu daje pretekst do tego, by było o nim głośno. Robi to w iście efektownym stylu, może nawet w stylu słynnych już fajerwerków Mario Balotellego…

 

Pierwszy raz zatrzymano go w 2008 roku, ale cała sprawa do dziś owiana jest tajemnicą. Nie dość, że Carroll nie był za bardzo znany, to i tak wypuszczono go za kaucją. Okazało się, że to był tylko krótki wstęp, obyczajowe preludium. Cała zabawa na poważnie zaczęła się rok później gdy Newcastle robiło wszystko w kierunku spadku z Premier League, a atmosfera w klubie była, jakby to powiedział Igor Sypniewski, nieekskluzywna. Podczas styczniowego treningu do gardeł skoczyli sobie Charles N’Zogbia i właśnie Carroll; kto wygrał, a kto bił jak dziewczyna nie wiadomo, ale na jaw wyszło co innego - dyscyplinarny cyrk na St. James's Park. - Nie chcę stosować żadnych kar dyscyplinarnych. Kiedy pracowałem z Wimbledonem, takie sytuacje to była normalka. To zacieśnia więź między piłkarzami – wypalił ówczesny trener Joe Kinnear. Być może głupie, ale czego spodziewać się po menadżerze, który na swojej powitalnej konferencji w Newcastle mówił do dziennikarzy na przykład „odpierdolcie się” albo „chyba ci się coś popierdoliło”? Tak ogólnie to na dzień dobry, przed kamerami – zaznaczmy, użył 52 przekleństw i obraził kilku angielskich dziennikarzy. Tak się robi show na Wyspach.

 

Kilka ciosów w kierunku Francuza? To jeszcze nic, bo obaj wyszli z tego cało. Jeśli ktoś chciał iskier, to odczekać musiał zaledwie rok, dwa miesiące i kilka dni – wtedy było naprawdę gorąco, choć kalendarz pokazywał dopiero marzec. Co prawda tym razem Andy nie przyjął żadnego ciosu, ale i tak skończył gorzej niż ten… którego pobił. Steven Taylor na jednym z treningów dostał w zęby tak mocno, że w obu przypadkach skończyło się złamaniami – Carroll w ten sposób załatwił sobie rękę, a Taylorowi szczękę składano z pomocą specjalnych drutów. Młodemu napastnikowi groziło nawet odejście z klubu, ale ostatecznie nikt nie nabrał odwagi by wystawić go na listę transferową.

 

Wtedy już było wiadomo – gość lubi się bić i każdy musiał być na to przygotowany. Albo prawie każdy, bo Andy – niczym rasowy napastnik – postanowił zaatakować tam, gdzie najmniej się tego spodziewają. Czyli u dziewczyny. Swojej, ale byłej. W sobotę zagrał przeciwko Wigan, zaś w niedzielę już ją bił, przez co jego zabierała policja, a ją karetka z urazem głowy. - Andrew Thomas Carroll zamieszkały w Prestwick koło Newcastle, został oskarżony o zaatakowanie byłej dziewczyny - oznajmił rzecznik policji w Northumbrii. Podobno nakryła go z inną, co z kolei jemu średnio się spodobało. 

 

To jeszcze nic, bo prawdziwe jaja miały dopiero nadejść. Całe zdarzenie z eks miało miejsce w połowie października 2010 roku, a Carroll został zwolniony z aresztu tylko pod warunkiem, że przez jakiś czas zamieszka z Kevinem Nolanem, który pełnił rolę kapitana Newcastle. Obaj panowie dość szybko przypadli sobie do gustu, bo już na początku listopada angielskie brukowce miały kolejny powód do zwiększenia nakładu – Andy urządził u kolegi małą imprezę. Podczas gdy żona kapitana „Srok” wyjechała z dziećmi do – nomen omen – Liverpoolu, Carroll postanowił odkuć sobie nudne i spokojne życie w domu Nolanów. W czasie gdy pan domu spokojnie spał na kanapie, 21-latek balował w najlepsze i to w pełni tego słowa znaczeniu. Panie, kokaina – raczej się nie nudził, choć później wypierał się tego bielszego, twierdząc iż nie ma pojęcia, jak ta znalazła się w domu i podejrzewa, że nie ma ona właścicieli a właścicielki, które na sam koniec do domów porozwoził jak zawsze pomocny kapitan. Żeby było jeszcze ciekawiej, gospodarz nie skorzystał z żadnej z wieczornych uciech twierdząc, że wówczas jego życie rodzinne przeszłoby mały refresh.

 

Kilka miesięcy później kolejna balanga wysokiego Anglika zakończyła się w Dubaju – miejscu, które zaczyna symbolizować kłopoty angielskich napastników. Prawdziwy karcer, miejsce odosobnienia. To właśnie tam na krótkie wakacje po aferze z prostytutką zesłano Wayne’a Rooney’a, a skoro szlaki zostały przetarte, to taki wyjazd postanowiono zafundować również Carrollowi, który swój ostatni miesiąc w Newcastle United spędził z przytupem – na wstępie zamówił trzydzieści drinków „Jagerbomb” (ziołowy Jaggermaister i Red Bull), następnie regularnie domawiając piwa. Efekt był powalający nawet mimo tego, że sam wszystkiego nie wypił. To była noc upadków, choć właściwiej byłoby je nazwać „spadkami”, bo tym właśnie zajmował się Carroll, który wcześniej spadł tylko z Premier League. Nie wiadomo czy tak mu to zaimponowało, ale najwyraźniej polubił zsuwanie się z barowych krzeseł, bo jak zaczął, tak nie mógł przestać. Kilka godzin później w eter poszedł oficjalny komunikat klubu: Carroll w meczu z Tottenhamem doznał kontuzji i nie zagra przez miesiąc. Zapomnieli tylko dodać, że po wyjściu z baru kulał zupełnie przypadkowo. - Nie mogłem uwierzyć w jego zachowanie. Był totalnie zamroczony. Kiedy wróciłem do pracy i koledzy powiedzieli mi, że będzie pauzował trzy spotkania z powodu kontuzji, nie mogłem w to uwierzyć. Wiem co naprawdę się stało – opowiadał jeden ze świadków całej historii. Mimo wszystko w tej opowieści można doszukać się pozytywów – jakiś czas wcześniej Andrew Thomas stwierdził, że dobrym miejscem na rozbicie kufla będzie twarz zupełnie przypadkowego gościa, co zakończyło się wypłaceniem 2,5 tysiąca funtów poszkodowanemu.

 

Niemal cały rok ciszy i spokoju to było stanowczo za długo. Przed kilkoma tygodniami znów zaczęto o nim mówić, ale tym razem w całkiem miłym tonie. W Melwood gdzie na co dzień trenują zawodnicy Liverpoolu odbyła się akcja promocyjna fundacji „Children in Need”, w której uczestniczyli Jose Reina, Andy Carroll i Charlie Adam, a jej efekty można było obejrzeć w telewizji. Całość pokazano w nadawanym na antenie BBC programie dla dzieci „Blue Peter”, gdzie Carroll musiał wyglądać komicznie. On i programy dla dzieci to coś jak Nergal w porannym „Ziarnie” – ubaw po pachy i wielkie nieporozumienie. Zadaniem napastnika i pomocnika „The Reds” było upieczenie ciasta, które miało być jak najlepsze pod względem walorów smakowych i estetycznych, zaś Reina wyłonić miał lepsze, nie wiedząc które jest czyje. Zwyciężył Andy Carroll, choć niektórzy twierdzą, że ten rezultat mógł mieć zupełnie inne podłoże. 

 

Po wielomilionowym transferze do Liverpoolu było wielu sceptyków. O ile piłkarsko Carroll nie zawodził, tak pod względem dyscyplinarnym brakowało już plusów i słoneczek. Wszystkich podenerwowanych uspokajał Shearer: - Andy wychował się w miejscu, gdzie - jak by to ująć? - ludzie lubią zabawę... I tak właśnie postrzega swoje życie w Liverpoolu. On wciąż jest młody i niedoświadczony. Byłem w takiej samej sytuacji po przejściu do Blackburn. Również wtedy skorzystałem z pomocy Dalglisha, który pomagał mi w trudnych chwilach. Nie wierzę, żeby Kenny zmienił się przez te lata, więc jestem spokojny o Carrolla – powiedział. I póki co, oprócz podpalenia jego samochodu, brukowce niczego nie wywęszyły. No ale co z tego, skoro nadzieja angielskiej piłki ostatnio wyraźnie zwolniła obroty? Nie łamie szczęk, nie gra, nie pije… Wygląda jakby cierpiała na brak paliwa.

 

17.12.2011/Weszło

sobota, 17 grudnia 2011
Skauting, reklama kiełbasy i taniec z gwiazdami - tak kończą królowie strzelców Bundesligi

Tylko czternaście razy królem strzelców Bundesligi nie był Niemiec. Wynik niezły, choć powoli proporcje zaczynają się zmieniać – w XXI wieku znacznie częściej najlepsi okazywali się reprezentanci innych krajów. Sam fakt nikogo nie dziwi, jednak dalsze ich losy – raczej tak. Przeważnie zdobywasz koronę i ruszasz w świat a najlepsze przed tobą. Jednak nie w Niemczech. Tam od niedawna ten tytuł jest jak przekleństwo, jak urok rzucony przez złą czarownicę – najpierw korona, potem zjazd w dół.

 

Liga niemiecka pod tym względem jest naprawdę dziwna – w Premiership ciężko przypuszczać, by o tytuł najlepszego strzelca w lidze walczył jakiś średniak. Moussa Dembele, Kenwyne Jones, Shane Long? Żarty na bok. Tymczasem w Bundeslidze oprócz ligowych tuzów wiele do powiedzenia mają średniacy. Tacy piłkarze, którzy nie przechodzą do czołowych klubów, bo nie mieliby szans zaistnieć. Co więcej – niektórzy z nich zdobywali nawet tytuł najlepszego strzelca a potem przepadali. Okazywało się, że nagle nie są potrzebni. Co się działo z Torschützenkönig w XXI wieku? Popatrzmy.

 

2000/2001 - Sergej Barbarez, Ebbe Sand
Dwudzieste pierwsze stulecie zapoczątkowało w Niemczech trwającą aż trzy lata serię podwójnych wygranych konkursu na najlepszego strzelca w lidze. Najpierw tytuł ten podzielili między sobą Sergej Barbarez z HSV i Ebbe Sand z Schalke 04 – obaj zaliczyli po 22 trafienia i później podobnego zaszczytu już nie dostąpili. Barbarez zrobił sobie taki prezent z okazji trzydziestych urodzin i jak dotąd był to raczej jego najlepszy prezent w życiu. W ciągu sześciu lat gry dla drużyny z Hamburga pokonał bramkarza 65 razy, z tego prawie 1/3 zaliczając w ciągu jednego sezonu, a następnie odszedł do Bayeru Leverkusen, gdzie także nie wychodził ponad przeciętność. Ostatnio zamierzał powrócić do HSV, tyle że w roli trenera. - Tak, to prawda, rozmawiałem z Frankiem Arnsenem na temat mojego powrotu do klubu. Nie chcę jednak rozmawiać o szczegółach, żeby niczego nie zepsuć. Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy, jednak nie ukrywam, że bardzo chciałbym znowu być w HSV. Wciąż darzę ten zespół bardzo mocnym uczuciem – wyznał w wywiadzie dla Sky Deutschland television. Nic z tego, posada przeszła mu koło nosa. Schalke w zdobyciu mistrzostwa nie pomogły nawet gole Sanda, który dopiero rozpoczynał pisanie swojej legendy w Gelserkinchen. Dziś jest tam nie do ruszenia, nawet pomimo tego, że karierę zakończył pięć lat temu.

 

2001/2002 - Martin Max, Márcio Amoroso 
Polski akcent! Urodzony w Tarnowskich Górach napastnik TSV 1860 Monachium zaliczył na tyle dobry sezon, że w wieku 34 lat zdołał nawet zadebiutować w reprezentacji Niemiec. Na sześć minut przeciwko Argentynie trochę się naczekał, bo już dwa lata wcześniej został królem strzelców, a i tak był konsekwentnie pomijany. Sześć, nie sześć - statystyka zaliczona. 1A widnieje jak byk, a cała polska scena kibicowska, która regularnie narzeka na „Niemców-złodziei” chyba o nim zapomniała. Co więcej – Max jako junior trenował nawet w bytomskim klubie Rodło Górniki. Amoroso to za to wielka równia pochyła – po odejściu z Dortmundu w 2004 roku zaliczył siedem klubów w ciągu pięciu lat, m.in. Malagę i Milan. Przykry zjazd człowieka, którego w Niemczech nazywano Samba-zauberer, Künstler und Killer, albo Samba-Fußball. Skończył jako obieżyświat w słabym Guarani Campinas. Całkiem niedawno przypomniał o nim „Bild”, prosząc o opinię dotyczącą aktualnej formy Borussii. - Wow! Oni są niewiarygodni. Ten młody zespół robi coś wielkiego. Na zawsze zostanę kibicem Borussii, tych fanów noszę w sercu – stwierdził niegdyś najdroższy piłkarz w historii Bundesligi.

 

2002/2003 - Thomas Christiansen, Giovane Élber 
21 goli, o trzy więcej niż rok wcześniej. Duet kontrastów - Christiansen po prostu był, był i przeminął, zaś na Elberze wychowało się jedno z pokoleń. Facet, który kapitalnie ukrywał się nie tylko przed obrońcami, ale i przed reporterami. Kiedyś jeden z nich twierdził, że jeździł po świecie i szukał go trzy dni, aż znalazł na ogródku działkowym. Niesamowity strzelec swoją skuteczność zatracił właśnie w Monachium, bo później coś mu już za bardzo nie szło. Lyon, Mönchengladbach i Cruzeiro Belo Horizonte to nie były zbyt udane epizody – Elber z napastnika światowej klasy stał się tylko lokalną gwiazdą. Taką niemal atrakcją turystyczną. Jakiś czas temu brał udział w niemieckiej wersji „Tańca z gwiazdami”, a przed rokiem drugi raz pożegnali go w Bayernie. - Nie pracuję już jako doradca Bayernu Monachium. Po Mistrzostwach Świata powiedzieli mi, że nie kupią ani jednego zawodnika z Ameryki Południowej przez najbliższe dwa sezony. W pełni rozumiem rezygnację Bayernu ze współpracy ze mną, jednak decyzja o niepozyskiwaniu brazylijskich piłkarzy jest bez wątpienia błędem – przyznał były skaut monachijczyków na brazylijski rynek, który dopiero niedawno stracił miano najskuteczniejszego zagranicznego piłkarza na rzecz Claudio Pizarro. O wiele bardziej intrygująca jest postać Thomasa Christiansena, którego w zasadzie dziś mało kto pamięta, nie mówiąc o łączeniu z tytułem króla strzelców. Gość zaliczył sezon życia, odszedł do Hannoveru i ślad po nim zaginął. Od razu zaznaczamy – był Hiszpanem. 

 

2003/2004 – Aílton 
Krótko mówiąc: masakra, dno i sto metrów mułu. Ferdynand Kiepski by powiedział, że nawet fizjologom się nie śniło, że można tak spaskudzić swoją karierę. A on spaskudził, nawet bardzo. Upadł strasznie nisko. Kiedyś mógłby wcielać się w postać rasowego Kil(l)era, dziś dostałby co najwyżej rolę beczki albo opony od traktora. Wygląda jak Hulk, ale nie ten z FC Porto. To zdjęcie Paweł Strąk powinien zawiesić sobie nad łóżkiem – tak ku przestrodze. Z Werderu Brema odszedł w 2004 roku i od tamtego czasu zaliczył 13 klubów. Słownie: TRZYNAŚCIE. Wywalano go niemal wszędzie, chodził od drzwi do drzwi. Była Ukraina, Serbia, Brazylia, Austria, Turcja, Szwajcaria, Chiny i niższe ligi niemieckie, a koniec wszędzie taki sam: żegnamy. Co prawda zdarzyło mu się jeszcze pokazać niezłą skuteczność, ale to było dawno. Dziś nie jest piłkarzem, tylko podstarzałym przebierańcem. A umiejętności miał duże – 28 goli nie wzięło się z niczego. Zamiast pięknej emerytury, zafundował sobie kpiny, obelgi i sportowe kalectwo.


2004/2005 - Marek Mintál 
Facet, który parę lat temu powiedział „zwycięstwo z Polską jak zdobycie Mount Everestu”, ale nie wierzcie – to nieprawda. On swój Mount Everest zdobył w sezonie 2004/2005, gdy strzelił 24 gole. Jego kariera jakoś tak się potoczyła, że z FC Nürnberg odszedł dopiero w tym roku do Hansy Rostock z którą okupuje ostatnie miejsce w 2.Bundeslidze. Ale nie ma co się dziwić – bilans jego ostatnich dwóch sezonów jest zatrważający. 38 meczów i jeden gol to rezultat, który przy odrobinie szczęścia mógłby osiągnąć nawet Janusz Dzięcioł. Mimo wszystko trochę szkoda Mintála - pierwsze dwa sezony to awans do Bundesligi i od razu tytuł króla strzelców. Mimo to nie doszło do żadnej poważnej transakcji, a lata zaczęły uciekać. Dziś Mintal ma ich 35 i nic ciekawego w karierze już raczej go nie spotka. To wszystko być może choć odrobinę osładza mu fakt, że w Nürnberg jest idolem. – Czapki z głów, dziękujemy za wszystko – głoszą fani „Der Altmeister”. 

 

2005/2006 - Miroslav Klose 
Kontuzje, inne wizje gry… to wszystko spowodowało, że Miro przed rozpoczęciem tego sezonu musiał opuścić Bayern Monachium. Przyjął nowe wyzwanie i teraz wygląda to całkiem nieźle – może nie strzela w Lazio jak za dawnych lat, ale kibice mogą na niego liczyć. Ostatnio nawet dał długo wyczekiwane zwycięstwo w derbach z Romą w swoim stylu. Niemieckim. Ostatnia minuta, ostatnia akcja, Miro robi co należy i szał w sektorze Lazio. Tam już go uwielbiają – wywiesili nawet transparent „Klose mit uns”, co znaczy „Klose z nami”. Szkoda tylko, że podczas II wojny światowej naziści używali „Gott mit uns”, a kibice Lazio się z nimi utożsamiają, literę „s” stylizując w dodatku na logo formacji „SS”. - Nie powinno się łączyć polityki z futbolem. Polityka powinna pozostać poza stadionem – odpowiedział Klose. Mimo gorszych momentów, cały czas jest pewniakiem w kadrze Joachima Löwa, który powołuje go bez względu na formę. A ten – także bez względu na formę – nie zawodzi.

 

2006/2007 - Theofanis Gekas 
20 goli dla Bochum – świetny wynik greckiego napastnika, w dodatku z drużyny beniaminka. Nawet śmiesznie to brzmi: Grek królem strzelców ligi niemieckiej. Wszyscy cały czas żyją stereotypem Grecji z 2004 roku, a tymczasem Gekas naprawdę potrafi strzelać i warto zaznaczyć, że był to jego premierowy sezon w Niemczech. Wypożyczony z Panathinaikosu Ateny napastnik jednak nie pograł sobie dłużej w Bochum i trudno się dziwić, że wybrał ofertę Bayeru Leverkusen. Tam zdawało się, że to nie to. Że przyfarcił w jednym sezonie i generalnie to się nie nadaje. Dla „Aptekarzy” strzelił zaledwie trzynaście goli, a na wypożyczeniu w Portsmouth pojawił się tylko raz na boisku. Wszystko zaczęło wracać do normy, kiedy musiał ratować ligę dla słabszego zespołu. Dwukrotnie misja skończyła się niepowodzeniem, ale akurat do niego nikt nie miał pretensji – dla Herthy wbił sześć goli w pół roku, dla Eintrachtu Frankfurt 16, zajmując czwarte miejsce w klasyfikacji najlepszych strzelców minionego sezonu. Dziś gra na zapleczu i siedmioma golami na koncie wraz w Eintrachtem zmierza ku pierwszej lidze. Polscy kibice jednak nie muszą się bać – na Euro nas nie postraszy, przynajmniej wg aktualnych wiadomości. Przed rokiem stwierdził, że „specjalne powody” zadecydowały o zakończeniu przygody z kadrą.

 

2007/2008 - Luca Toni 
Przychodził do Monachium w glorii zwycięzcy. Aktualny mistrz świata, genialny snajper - same plusy. Te plusy z początku pokazywał i w Bundeslidze, w swoim pierwszym sezonie zgarniając tytuł najlepszego strzelca. Jednak jak się później okazało – wszystko się zmienia. Zmieniła się więc i jego pozycja w klubie, która z meczu na mecz, z sezonu na sezon była coraz słabsza. Przychodząc do Monachium mówił, że we Włoszech już nigdy nie zagra dla innego klubu niż Fiorentina z której odchodził. Bzdura. Jak wrócił, tak co sezon zmieniał zespoły – Roma, Genoa i aktualnie Juventus. Ale aktualnie w tym Juventusie tylko jest, nic więcej. Złą końcówkę przygody z Bayernem zarzuca głównie trenerowi Louisowi van Gaalowi, z którym wiązały go nienajlepsze relacje. Ale van Gaal jest ogólnie dziwnym człowiekiem, o czym opowiedział sam Toni: - Nigdy nie miałem do czynienia z kimś takim jak on. Pamiętam jak pewnego razu chciał jasno pokazać, że nie boi się sadzać na ławce gwiazd. Po prostu zdjął spodnie i majtki, żeby pokazać, że ma jaja, aby podejmować takie decyzje. Na szczęście nie siedziałem blisko, więc nie widziałem wszystkiego – stwierdził. A tak w ogóle, to z Tonim w Monachium wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia…


Piłkarze Bayernu przegrali z Wolfsburgiem mistrzostwo Niemiec, więc Toni musiał reklamować tanią kiełbasę. I nie, nie są to tylko tanie żarty. Producentem odpowiedzialnym za ich dostarczanie Lidlowi jest firma „HoWe”, w której rolę współwłaściciela pełni Uli Hoeness, menedżer Der FCB. Może to jest jakieś wyjście? Na przykład Darvydas Sernas reklamujący GoGirl szary papier toaletowy – byłoby całkiem zabawnie.

 

2008/2009 – Grafite 
Grafite - Dżeko, cóż to był za duet. Maszynka do strzelania goli – jak nie jeden, to drugi. Grafite był absolutnym dominatorem sezonu 2008/2009 – mistrzostwo, tytuł króla strzelców i piłkarz roku 2009 wg Kickera. Szósty zawodnik w historii, który w debiucie w Lidze Mistrzów strzelił hat-tricka. 25 meczów i 28 goli w Bundeslidze robiło wrażenie nawet na największych ignorantach – tym bardziej, jeżeli mówiliśmy o 30-letnim napastniku, który dotychczas strzelał po prostu tak sobie. Raz więcej, raz mniej, ale nigdy takimi seriami. Kolejne dwa sezony nie były już tak udane, bo przyniosły „zaledwie” dwadzieścia goli. Dziś Grafite spędza zasłużone wakacje w klubie Al-Ahli Dubai, gdzie gra i zarabia na godną emeryturę. Oczywiście w debiucie trafił do siatki. 

 

2009/2010 – Edin Džeko 
22 gole to był bardziej słaby niż świetny rezultat jak na króla strzelców Bundesligi, ale Edinowi Džeko i tak klasy nikt nie odmawia. Niedoszły napastnik Wisły Kraków w Niemczech został jeszcze tylko przez pół roku, gdzie w 17 meczach dla Wolfsburga strzelił 10 goli – co ważne, dla Wolfsburga, który cały sezon zawodził. Zimą za 27 milionów funtów odszedł do Manchesteru City, gdzie nie mógł się za bardzo odnaleźć. Jednak jak na początku aktualnych rozgrywek zaczął strzelać, tak dziś boją się go wszyscy bramkarze w Premier League.

 

2010/2011 - Mario Gómez 
28 goli na koncie spowodowało, że zaczął się o niego dopytywać sam Real Madryt. Co było spekulacją, co nie – nie wiadomo. Skończyło się na tym, że Gómez został w Bayernie i znów strzela jak zaprogramowany.

 

13 grudnia 2011 / Weszło

wtorek, 13 grudnia 2011
Zdravljica za Słowenię. Zamparini nie da się nudzić

W życiu trzeba mieć farta. Jak ktoś nie wierzy, może zapytać się dwóch Słoweńców – oni powinni potwierdzić. Najpierw ograli Palermo, potem Maribor zamienili na Sycylię, a na koniec stali się ulubieńcami szalonego prezesa. Co więcej, dzięki nim zwariowany Zamparini mógł pozwolić sobie na następną fanaberię i zapałać miłością do kolejnego kraju. Moda na Argentynę, Chile i całą Amerykę Południową jest już przeszłością. Dziś interesy robi się ze Słoweńcami.

 

Jeżeli grasz z drużyną, która na papierze wygląda zdecydowanie lepiej, masz dwa wyjścia: poddajesz się i przyjmujesz kolejne gole – to pierwsze, albo grasz tak jak nie grałeś jeszcze nigdy – to drugie. Wspinasz się na szczyty swoich umiejętności. Robisz coś, czego dotąd nie potrafiłeś. Kiwasz obrońców jak przedszkolaków, a bramkarzowi posyłasz bombę zza pola karnego. Jeśli dotychczas przyjęta piłka odskakiwała ci na dwa metry, to w tym meczu nie ma prawa polecieć nawet dwadzieścia centymetrów w bok. Piłkarze słoweńskiego Mariboru przed rokiem wypróbowali obie opcje i polecają dwójkę, na której wyszli zdecydowanie lepiej. Kilku z nich w ten sposób uchyliło sobie nawet wrota do raju. Tego finansowego i piłkarskiego.

 

- Jeżeli nie natknąłbym się na zawodników Maribora, to wziąłbym kogoś innego. Po prostu zaryzykowałem, nic więcej – powiedział zupełnie nie w swoim stylu Maurizio Zamparini, prezes Palermo. I na tym ryzyku wychodzi różnie – raz dobrze, raz źle. Na przykład Kamila Glika i Radosława Matusiaka raczej nigdy nie wymieni wśród swoich najlepszych zakupów, ale pomimo tego śpi dobrze i nie narzeka na zarwane noce. Zresztą na jego miejscu chyba nikt by nie narzekał, bo w oceanie transferów wyłowione perły przesłaniają glony. Niech na buble straci trzy miliony, albo nawet pięć – co mu tam, skoro odrobi je z nawiązką na przyszłych gwiazdach futbolu. Opłacalny interes? Jasne, że tak.

 

W sierpniu zeszłego roku NK Maribor w ramach Ligi Europejskiej miał zmierzyć się z włoskim Palermo i wiadomo, że faworyt był jeden: Włosi. Potwierdził to pierwszy mecz, w którym gospodarze spokojnie wygrali 3:0 i na rewanż jechali bardziej z poczucia obowiązku niż przyjemności. Odzwierciedlił to nawet wynik – 3:2 na korzyść Słoweńców. Ale ich największym sukcesem wcale nie było pokonanie reprezentantów Serie A, tylko promocja, jaką sobie wówczas zapewnili. Efekt był lepszy niż w przypadku tysięcy mistrzów pijaru – dzień później dwóch młodych chłopaków przechodziło testy medyczne we Włoszech. Na Sycylii. Pod koniec sierpnia przekraczając włoską granicę byli jeszcze anonimami, ale długo to już nie potrwało. Stan rzeczy zmienił się chyba szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, choć początkowo pan prezes dużo bardziej przypominał samego siebie, po losowaniu nie odmawiając sobie ironii: - Cieszę się, że zagramy w Mariborze. A wiecie dlaczego? Bo to blisko mojego domu w Austrii…

 

Nazwiska Josipa Iličicia i Armina Bačinovicia dość szybko zaczęły nabierać na znaczeniu i wartości. W ciągu kilku miesięcy obaj stali się rozpoznawalnymi twarzami na piłkarskiej mapie, a i Słowenia jako kraj zyskała sporo respektu. Tamtejsze kluby przestały być kojarzone wyłącznie z piłkarskim zadupiem, a skauci z całej Europy coraz życzliwiej spoglądali na klubowe kadry. Nawet i na skład Mariboru, bo tam w dalszym ciągu było w czym przebierać – podczas tego 3:2 najstarszym piłkarzem w wyjściowym składzie był Brazylijczyk i miał 27 lat, a reszta pochodziła ze Słowenii, mieszcząc się w przedziale wiekowym 20-26.

 

Zamparini całą transakcję zamknął w czterech milionach – trzy i pół wydał na piłkarzy, a kolejne pół mógł zostawić w sklepach monopolowych, kupując i później mrożąc najdroższe szampany. 22-letni Bačinovič kosztował 1,2 miliona euro, a jego rok starszy kolega - 2,3. Dziś za takie sumy krnąbrny prezes Aquile nie czytałby nawet nadchodzących ofert, bowiem wartość obu pomocników czterokrotnie wzrosła, a do tego sam Maurizio uchodzi za jednego z najtwardszych graczy przy negocjacyjnych stołach. Przykładów nie trzeba szukać daleko – przed kilkoma tygodniami o Iličicia zapytał Inter, a odpowiedź Zampariniego była natychmiastowa: jasne, możemy rozmawiać, ale dajecie minimum 25 milionów. Za tego samego Iličicia, na którym doskonały interes zrobiło nie tylko Palermo, ale i NK Maribor, zawstydzając nawet „SuperProcent” u Huberta. Otóż NK dwa miesiące wcześniej wykupiło go ze spadkowicza ligi słoweńskiej Interblocku Ljubljana za… 150 tysięcy euro.

 

Dość szybko stało się jasne, że za wynegocjowane wcześniej trzysta tysięcy euro na sezon, to Iličič może Zampariniemu co najwyżej wyprowadzać psa. Już na początku 2011 roku rozpoczął negocjacje w sprawie podwyżek, a jego agent zapowiadał walkę o klauzulę odstępnego. – Obaj zagrali świetną rundę, a przygotowywali się pod kątem rozgrywek ligi słoweńskiej, dlatego za rok będą jeszcze lepsi. Zrobili rzeczy, których nikt się nie spodziewał. Odnowienie kontraktu? Jasne, myślimy już o tym tak samo jak o wpisaniu klauzuli – mówił w lutym reprezentujący interesy obu piłkarzy agent Amir Ružnić, którego należy poprawić: Iličič przez krótki czas przygotowywał się nawet do rozgrywek drugiej ligi słoweńskiej. Mimo drobnego niedociągnięcia trzeba przyznać, że wiedział co mówi, bo dziś chce ich czołówka. Iličič wzbudził zainteresowanie nie tylko Andre Villasa-Boasa, ale i większości londyńskich klubów plus Manchesteru United, Bayernu, Interu i Juventusu, w którym zresztą widzi się sam zainteresowany. - Josip jest fanem Juventusu od małego i mówi, że kiedyś chciałby zagrać w jego koszulce, ale póki co zostaje w Palermo. Tam czuje się świetnie, a dodatkowo prezes pokłada w nim duże nadzieje – powiedział Ružnić. Bardziej sentymentalny zdaje się być Bačinovič, który stwierdził, że w ogóle nie zamierza się przeprowadzać. - Przenosiny mnie nie interesują. Rozegrałem dwadzieścia meczów w Serie A i nie sądzę, bym musiał zmieniać klub. Chcę tu zostać przez wiele lat. Wiem, że mój agent wkrótce zwróci się do klubu z prośbą o podwyżkę, ale to mnie nie interesuje. Jestem pewien, że dostanę ją automatycznie, gdy na to zasłużę – odpowiedział zapytany o rzekome zakusy Liverpoolu i Chelsea.

 

Ale nie tylko to sprawia, że na jego punkcie oszalało już kilku menadżerów. Pierwsze dziesięć meczów tego ofensywnego pomocnika przyniosło siedem goli i cztery asysty, co już doszczętnie zniszczyło włoski światopogląd. Smaczku i pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że takie rzeczy wyrabiał kilka miesięcy po komunikacie, który ukazał się na stronie legioniści.com: „Jak podaje dzisiejszy Futbol News, Josip Ilicić jest na celowniku Legii i być może przed nowym sezonem wzmocni zespół z Łazienkowskiej. 22-letni Słoweniec jest zawodnikiem NK Interblock Lublana. - Z Legią jesteśmy od stycznia w stałym kontakcie. Już na początku roku interesowali się naszym zawodnikiem - mówi FN dyrektor słoweńskiego klubu, Nenad Proteg”. Cena nie była niska, bo wynosiła milion euro. Legia oczywiście go wydała, ale na 27-letniego Chowata. Jasne, można i tak. Dziś Słoweniec strzela gole Juventusowi, a Vrdoljak czasami przerywa akcje Zagłębia Lubin.

 

W porządku, nie tylko Legia się wygłupiła. Ružnić Iličicia oferował chyba każdej europejskiej drużynie, bo po udanej aklimatyzacji swojego klienta w Palermo wypalił: - Oferowałem Iličicia wielu włoskim klubom i Milan również wydawał się zainteresowany. Wiele klubów miało DVD z jego występami, ale Palermo uwierzyło w niego najmocniej i wygrało rywalizację. Z pewnością teraz wiele zespołów żałuje, że go nie kupiło.

 

Najświeższe doniesienia z Włoch mówią o tym, że po sezonie dojdzie do transferu, a i kierunek coraz bardziej zaczyna się krystalizować. - Jeśli fani Palermo chcą mnie w tym klubie, wtedy będę szczęśliwy mogąc w nim pozostać. Dla mnie ważne jest bowiem, by czuć wsparcie kibiców. A co jeśli będę musiał odejść? Chciałbym wtedy mimo wszystko pozostać we Włoszech – rzekł Iličič, choć jego agent był bardziej konkretny: - Rozmawiałem niedawno z przedstawicielami Palermo i niczego się nie dowiedziałem. Odejście Josipa zimą będzie niemal niewykonalne. Palermo miałoby problem, żeby zastąpić go w środku sezonu. Zupełnie inaczej może być jednak po zakończeniu obecnych rozgrywek. To jest zawodnik o wielkiej wartości, z dobrą techniką i umiejętnościami. Widziałbym go w wielkim klubie. Być może był już kontakt ze strony zainteresowanych drużyn, ale ze mną żadna z nich się nie komunikowała – stwierdził, zapowiadając prawdopodobnie kolejną operę mydlaną.

 

Tymczasem w ostatnich miesiącach coś straciło koloryt. Wszystko dookoła jest niby w porządku – dalej mówi się o wielkich kwotach, transferach i podwyżkach, ale już bardziej przez pryzmat ubiegłych rozgrywek. Dziś Iličič gra niemrawo, będąc wręcz cieniem samego siebie. O Bačinoviciu w ogóle lepiej nie wspominać, bo na boisku pojawia się coraz rzadziej. Podobno wszystkiemu winny jest nowy trener Palermo – tak przynajmniej twierdzi legendarny Zlatko Zahovič, do dziś dyrektor sportowy byłego klubu obu piłkarzy. - Wszystko zależy od trenera, to jego wina. Myślę, że ten negatywny okres jest winą Devisa Mangii. Armin gra bardzo mało, a Josip występuje na nie swojej pozycji, to bez sensu. W przeciwieństwie do niego, Delio Rossi był wielkim trenerem i wiedział jak ma postępować z takimi zawodnikami – z oburzeniem wycedził przed kilkoma tygodniami były piłkarz m.in. Valencii. I rzeczywiście tak jest, bo dziś w roli ofensywnego pomocnika występuje pozyskany latem z Hapoelu Tel Awiw Eran Zahavi, a Słoweniec musi radzić sobie gdzie indziej. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Bačinovicia, który być może będzie musiał zacząć oswajać się z myślą o zmianie otoczenia. - Armin jest nerwowy i chce grać. Gdy nie gra jest jak ranne zwierze. Jeśli nadal to tak będzie wyglądać, w styczniu pomyślimy co z tym zrobić – zdradził Ružnić.

 

Ale nim fenomenalna z początku dwójka zaczęła zaliczać zjazd i osiągnęła apogeum swojej formy, Zamparini na fali entuzjazmu postanowił kuć żelazo póki gorące i zimą zakontraktował kolejnych Słoweńców. Wybór padł na Sinišę Anđelkovicia z Mariboru i Jasmin Kurticia z ND Goricy, którzy na razie nie zbliżyli się do formy prezentowanej przez swoich kolegów. 25-letni Anđelković po zaliczeniu siedmiu meczów został wypożyczony do drugoligowego Ascoli i bliżej mu do podzielenia losu Kamila Glika niż Javiera Pastore. To z pewnością musi cieszyć londyńską Chelsea, która pod koniec grudnia ponoć oferowała okrągły milion euro. Podobnie wygląda sytuacja trzy lata młodszego Kurticia – z tą różnicą, że ten zdążył strzelić gola, ale i to na Sycylii nikogo nie przekonało i dziś jego tymczasowym pracodawcą jest drugoligowe Varese. Zamparini miał jednak jeszcze lepsze pomysły – w marcu brał pod uwagę zatrudnienie Darko Milanicia, trenera swojego niedawnego rywala…

 

Dziś, gdy emocję opadają, włoska prasa zaczyna rozmyślać i wprowadza stan alarmowy: - Jak tak dalej pójdzie, to Palermo chyba będzie musiało zawiesić akcję „Słowenia” – pisała jedna z gazet. Pytanie tylko co na to sam Zamparini - może gdzieś jeszcze ma dom?

 

Tekst opublikowany 8 grudnia 2011 na Weszło

piątek, 09 grudnia 2011
Gdzie są widły? Czerwone Diabły nie mają czym kłuć

W minionym sezonie tematów było wiele – albo mówiono o słabej formie kilku czołowych drużyn, albo o fenomenalnym Mario Götze. No, ewentualnie niektórzy wspominali o nadspodziewanie dobrej grze kilku drużyn. Nadawano o Mainz, bo kapitalnie rozpoczęli sezon. Pisano o Hannoverze, bo ostatecznie znalazł się tuż za podium. Gdzieś tam w tle pogrywał sobie beniaminek, przez wielu skazywany na pożarcie. Beniaminek, który ostatecznie wyprzedził nie tylko Wolfsburg czy Schalke, bo ich akurat wyprzedzali niemal wszyscy, ale też takie HSV. Siódme miejsce zamiast osiemnastego? Można mówić o sukcesie.

 

Czerwone Diabły z Kaiserslautern mają mały problem – o ile czerwone są po dziś dzień, o tyle dziś tych diabłów już nikt się za bardzo nie boi. Jeżeli mieli być kojarzeni z jakimkolwiek straszydłem, to prędzej z Rokitą niż Behemothem, szczególnie po powrocie z banicji w niższej lidze. Wiadomo jak to jest – świeżak najlepszy do bicia. Ale nawet takie stereotypy nie przeszkodziły drużynie Marco Kurza w napędzeniu stracha kilku wyżej notowanym rywalom i zajęciu dobrego miejsca po ostatniej kolejce. Czas najwyższy przyjrzeć się ludziom, którzy stanowili o sile FCK w minionym sezonie i oznajmić, dlaczego w tym będzie o to ciężej.

 

KREW, POT I ŁZY
Jeżeli mówimy o sukcesach, to musimy zacząć od tego, który strzelał gole. A za to zabrał się gość, którego wcześniej w Bundeslidze nikt za bardzo nie kojarzył, a przeciętny kibic nie odróżniał od zbieracza ogórków, który akurat przyjechał na robotę sezonową do Niemiec. Jeżeli ktoś już wykombinował, że Srđan Lakić to taki piłkarz, raczej nie miał powodów do zachwytów, a jeśli był kibicem Herthy Berlin, to już w ogóle załamywał ręce. Chorwat pojawił się w Niemczech w 2006 roku i przez kolejne dwa lata praktycznie tylko figurował w kadrze klubu ze stolicy. Dwanaście występów i zero goli przez ten czas raczej nie zadowalały nikogo oprócz fanów drużyn przeciwnych i zapowiadało się, że Lakić skończy jak wielu przed nim, którzy wybijali się w gorszych ligach. Czyli jeżeli grasz u siebie jesteś dobry, ale Niemcy to za wysoki poziom. Mógł napastnik Herthy potulnie podkulić ogon i wrócić na tarczy, ale i tak w charakterze gwiazdy do Chorwacji. Wybrał jednak inne rozwiązanie i w sezonie 2007/08 został wypożyczony do holenderskiego Heraclesu Almelo, gdzie nie tylko przypomniał sobie jak trafiać do siatki, ale i zaskarbił sobie sympatię kibiców. Siedem strzelonych goli nie każe padać przed nim na kolana, ale kibice z Holandii postanowili zrobić to dobrowolnie – dziś efektem tamtego sezonu jest fanklub Chorwata i zdjęcie z napisem… „The legend”. Mocne, naprawdę mocne, choć z drugiej strony ta siódemka w dużej mierze pomogła Heraclesowi utrzymać się w lidze. 

 

 Po tym sezonie znów został wypożyczony, tyle że na zaplecze, ale już Bundesligi. Przygarnąć go postanowiło Kaiserslautern, które celowało w szybki powrót do elity. Tylko był jeden problem - by zrealizować misterny plan, trzeba było strzelać gole, a to nie było ich najmocniejszą stroną. W swoim pierwszym sezonie Lakić bramek wbił dwanaście, czego efekt przyszedł szybko – co prawda FCK zostało w drugiej lidze, ale klubowi działacze skorzystali z opcji wykupu i Chorwat stał się już ich pełnoprawnym zawodnikiem. Tylko ironia losu sprawiła, że udało się awansować, ale z mniejszym wkładem Srđana, który z powodu kontuzji zagrał tylko siedem pełnych meczów przez cały sezon, przez co istniało spore prawdopodobieństwo, że znów będzie musiał przełożyć plany podbicia pierwszej ligi. Powód był jeden i nazywał się Ilijan Micanski, który za ponad pół miliona euro przeniósł się na Fritz-Walter-Stadion i w sparingach strzelał jak na zawołanie. Wyszło jednak, że był jak testowani piłkarze Legii Warszawa – jeżeli strzela w sparingach, to znaczy że jest za słaby na ligę. Różnica miedzy Legią polegała jednak na tym, że w Kaiserslautern nikt tej decyzji nie żałował, bo chorwacki duet Ilicević-Lakić regularnie dostarczał punktów. Lakić wybił się nawet na tyle szybko, że już w styczniu podpisał kontrakt z Wolfsburgiem, który w życie miał wejść dopiero w lipcu. No właśnie, w lipcu…

 

Tak jest, to zdjęcie ze stycznia. W zachodnich Niemczech wszyscy byli na niego wkurzeni. Od kibiców po prezesa Stefana Kuntza, który sieknął mu karę wysokości dziesięciu tysięcy euro. Jeszcze bardziej od samego zdjęcia oburzyło go zachowanie zawodnika, który badania lekarskie przeszedł przed meczem pucharowym z Duisburgiem, na co nie dostał zgody w klubie. Ale nie wszyscy widzieli w tym problem: – Nie rozumiem Kuntza, nie wiem o co mu chodzi. Przecież niedawno mówił, że jeżeli zapłacimy sześć milionów, możemy go sobie wziąć już teraz – błyskotliwie powiedział Dieter Hoeneß, dyrektor sportowy Wolfsburga, który jeżeli chciał rozładować atmosferę, zrobił to faktycznie po mistrzowsku. Sam Lakić wypowiadał się bez emocji: - Mam tatuaż z napisem „krew, pot i łzy”. Tak, on najlepiej określa ostatnie pół roku, które było dla mnie bardzo burzliwe. Ale teraz już jestem w Wolfsburgu, chcę tu godnie zastąpić Grafite i Edina Dżeko – powiedział niedawno.

 

SUPERDWÓJKA
Nie byłoby tak skutecznego Lakicia bez pomocników, szczególnie dwóch. Christian Tiffert i Ivo Iličević to kolejne z gwiazd klubu ze wzgórza Betzenberg, które starannie pracowały na każdą bramkę dla Kaiserslautern. Obaj zrobili więcej niż się od nich wymagało, a pierwszy z nich to prawdziwy Aleksiej Stachanow, który zaliczając siedemnaście asyst zdystansował resztę rywali w wyścigu o miano najlepszego asystenta minionego sezonu. W dowód uznania na starcie obecnych rozgrywek dostał opaskę kapitana, którą przejął od Martina Amedicka. Jednak Tiffert jest poza tym całym trendem i nie zaczynał jako anonim - przez sześć lat był zawodnikiem Stuttgartu, a później z Salzburgiem sięgnął po mistrzostwo Austrii. Mimo wszystko na swoje najlepsze dni musiał trochę poczekać, bo przyszły dopiero teraz. – To wyróżnienie jest dla mnie ogromnym zaszczytem i dużą odpowiedzialnością za zespół – powiedział przed rozpoczęciem swojego drugiego sezonu w czerwonych barwach. 

 

Iličević to klasyczny przykład naprawdę udanej transakcji, bowiem FCK zrobiło całkiem niezły interes - w ciągu roku skorzystali na nim i sportowo, i finansowo. Przed rokiem przyszedł za 200 tysięcy euro z Bochum, po czym został sprzedany Hamburgowi za cztery miliony, a udane występy w Bundeslidze zwróciły uwagę Slavena Bilicia, który powołał go do reprezentacji Chorwacji. W Hamburgu miał zastąpić średnio spisującego się, aczkolwiek sprzedanego do Juventusu Eljero Elię. Nawet jego transfer został ogłoszony kilka godzin po sprzedaży Holendra, w ostatnim dniu okienka transferowego. Obu piłkarzy oprócz tego łączy wiele - obaj są szybcy, z podaniem, strzałem z dystansu i dryblingiem. W Hamburgu nikomu nie przeszkadzał nawet fakt, że na debiut nowego pomocnika mieli czekać miesiąc, bo ten wpierw musiał odbębnić cztery mecze zawieszenia za czerwoną kartkę z Bayernem, którą otrzymał jeszcze jako piłkarz K'lautern.

 

POLSKIE ŚLADY
Choć zdecydowanie nie jest to gwarancją sukcesu, to Kaiserslautern jest klubem, który ma całkiem sporo wspólnego z Polską. W kadrze raz pierwszego, raz drugiego zespołu jest Alan Stulin grający w polskich młodzieżówkach, mający w dodatku apetyt na pierwszą reprezentację, w której po polsku nie mówiłby gorzej od Franciszka Smudy. Przed rokiem zarzekał się, że „zrobi wszystko, by pan Smuda go zauważył”, ale jego kariera to cały czas status quo. Jak przed rokiem miał zero występów w Bundeslidze, tak do dziś ma w niej czyste konto. Jak Smuda go nie powoływał, tak nie powołuje dalej, choć od razu zaznaczamy, by nie traktować tego w formie zarzutu. Oprócz Alana w Kaiserslautern jest jeszcze wspomniany Micanski – praktycznie największy przegrany w całej drużynie. Mimo świetnych występów w pre-seasonie, w Bundeslidze pojawiał się rzadko, a jeżeli już, to z ławki. Jego cały dobytek zamyka się w jednym golu, choć to i tak lepszy wynik niż ten z aktualnych rozgrywek. Tu są dwa zera – zarówno po stronie strzelonych bramek, jak i występów. Do „polskiego” grona możemy jeszcze dopisać Rodneia, który do FCK trafił przez Jagiellonię Białystok i Herthę Berlin. On jako jedyny nie może narzekać na brak występów – na Allegro można już kupić nawet jego autograf…

 

NONKOMFORMISTA KURZ
Całą mieszankę uzupełnia charyzmatyczny trener Marco Kurz. Postać nietuzinkowa, bo wyróżnia się na różne sposoby. Na przykład w ubiegłym sezonie miał ciekawy sposób na wybieranie kapitana - raz był nim Lakić, raz Amedick i obaj byli tymi pierwszymi. Tego, który wybiegnie z opaską, wybierał chwilę przed rozpoczęciem meczu. Dodatkowo nadal nie interesuje go żadna stadionowa moda i na ławce pokazuje się nie w garniturze, nie w dresach, a… w bluzie.

 

- Marco jest jednym z najlepszych trenerów w lidze i dodatkowo utożsamia się z FCK – powiedział o nim niedawno prezes Kuntz, gdy media mówiły o możliwym zwolnieniu. Bo poprzedni sezon był całkiem udany, a ten na razie nie zachwyca. – Mamy mały budżet, a Marco dobrze wykonuje swoją pracę. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Musimy jednak spróbować przetrwać ten rok, bo cały czas mówiłem, że dopiero w trzecim sezonie gry możemy mieć większą płynność finansową. Wszystko co mamy, jest dzięki niemu – dodawał prezes, całkowicie popierając swojego trenera. Ale aktualna pozycja nie jest dramatyczną, bo w minionym sezonie, choć końcowy wynik był całkiem niezły, Kaiserslautern też nie powalało i co jakiś czas pukało do strefy spadkowej. Przeważnie wtedy, gdy Lakić i Iličević myślami byli gdzie indziej, a po dobrym początku było to niemal nieuniknione. - Prędzej czy później musiało tak się stać. Potencjałem wiele ekip w lidze nas przewyższa. Kluczem do sukcesu jest intensywniejszy trening i walka o zwycięstwo w każdym spotkaniu – mówił wówczas Kurz. Raz się udawało, raz nie. Jednak najbardziej zaskakujące wyniki w sezonie należą właśnie do nich – u siebie pokonali Bayern 2:0, a później 5:0 Schalke 04. - Mój zespół zagrał naprawdę świetne spotkanie. Zrealizowaliśmy dokładnie założenia, które przed meczem postawiłem zawodnikom na to spotkanie. Będziemy fetować zwycięstwo – bez zbędnej skromności stwierdził po manicie szkoleniowiec Die roten Teufel. 

 

Miniony sezon zdążył wykreować lokalne gwiazdy. A ten? Teraz zapowiada się, że na sukces będą musieli pracować wszyscy. Równomiernie i jeszcze ciężej. Bo na razie nie widać nikogo, kto miałby poprowadzić FCK do spokojnego utrzymania, a innych celów nikt tam sobie nie stawia. No, może oprócz Tifferta…

 

Tekst opublikowany 5 grudnia 2011 na Weszło

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17