Blog Krystiana Gradowskiego
czwartek, 17 maja 2012
Cristiano jakiego znamy. Recenzja książki "Obsesja doskonałości".

Mieszkający w Hiszpanii Włoch, pisarz i dziennikarz sportowy lubuje się w pisaniu biografii. Opisywał już karierę Ronaldinho, Zidane’a, Torresa i Messiego. Można więc powiedzieć, że to dla niego rutyna. Niestety, ale chyba będzie to słuszne stwierdzenie. Słuszne i zbyt trafne.


Pisanie książek o największych sławach światowego futbolu nie jest łatwe. Ma swoje wady i zalety. Zalety, bo stanowi pewnik zarobku, choćby była najgorszym i najbardziej bezużytecznym dziełem, a wady, bo ciężko jest napisać coś, czego nie wiadomo. Nie jest łatwo kupić rozgarniętego czytelnika, który bacznie śledzi karierę swojego idola lub po prostu jednego z najlepszych piłkarzy świata. Część informacji przyswajana jest mimowolnie i niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy, jaką ilością wiedzy na temat niektórych zawodników dysponują. Czasami jest to wiedza na książkę, po prostu. 


Lekturę o najlepszym piłkarzu świata (tak, tak, mówimy o Cristiano) nabyłem z czystej ciekawości. Zastanawiałem się co tam może być, czy autor zadbał o wyłowienie choćby jednej, najmniejszej perełki? Czy może wprost przeciwnie –przepisał Wikipedię, kilka artykułów i wywiadów? No więc odpowiedź nadchodzi stosunkowo szybko…


Jednym z ciekawszych fragmentów książki okazał się wstęp Jerzego Dudka. A to przecież facet, który siedział albo w kopalni, albo na boisku, więc teoretycznie powinien posmęcić przez kilka stron coś o tym, że to miły i fajny chłopak, a potem oddać pole do popisu autorowi. Ten podobno jest nie byle kim – byłym dziennikarzem znanych tytułów prasowych i redaktorem naczelnym francuskiego Euronews TV. Było zupełnie odwrotnie – Dudek co prawda napisał, że to fajny i miły chłopak, ale zrobił to dość ciekawie, za to Caioli smęcił. Momentami smęcił niemiłosiernie. Na przykład opis Euro 2004 ciągnie się przez dziesięć stron – kto, kiedy, w której minucie. Sterty banałów, które większość czytelników zapewne przywołuje z pamięci. Z tego działu dowiadujemy się tyle samo co kilka lat temu z telewizji – że Ronaldo był młody, chciał wygrać u siebie, ale dwa razy wygrała Grecja, a Cristiano płakał, bo chciał być mistrzem Europy w wieku dziewiętnastu lat. Aż chce się powiedzieć: już, to wszystko? Chyba nie po to kupuje się książki, by wyczytać w niej to samo, co po wpisaniu „Euro 2004” w „wolną encyklopedię”.


Co napisać o karierze tak znanego piłkarza? Ano to jedno z głównych zmartwień i zadań autora, który nie chce sztampy. Może trzeba poszperać, popytać znajomych, zagadać do samego piłkarza, zapytać matki o małego syna i nauczycieli o niesfornego, niezainteresowanego nauką Cristiano. Niestety, Caioli tego nie zrobił. Ograniczył się do napisania czegoś, co napisać może każdy człowiek podłączony do sieci, potrafiący wyszukiwać informacje w Internecie, coś tam wziąć z gazet i telewizji. Caioli tak zrobił naprawdę, bo bibliografię rozpisał na cztery strony. Z własnej inicjatywy jak już zapytał, to kilku dziennikarzy. Wśród przepytywanych znalazł się m.in. hiszpański przedstawiciel Diego Torres, znany głównie z głupot, które wymyśla na temat Realu Madryt.


Może cała nadzieja w dzieciństwie piłkarza, o którym wiadomo najmniej? Oprócz tego, skąd pochodzi, że Ronaldo to nie nazwisko, i że w domu nie żyło się bogato, praktycznie nie wiadomo nic. Ciężko powiedzieć, by autor tym działem się wybronił, skoro po szesnastu stronach właściwego tekstu piłkarz ląduje w Sportingu Lizbona, mijając już kilka klubów, strzelając gole i opuszczając swój dom. Za to początki w Lizbonie opisane są już nieźle, jak na przykład to, że początkowo uznawany był za klasowego pajaca albo jak postanowił ruszyć z krzesłem na nauczycielkę. 


Momentami jest nieźle, ale czasami… aż chce się spać. Jednak by tak nie narzekać, trzeba przyznać, że jest to solidne vademecum powszechnej wiedzy o Cristiano. Nie zajrzymy za kulisy, wraz z premierą książki świat nie dowiedział się niczego nowego, a jedynie dostał pozycję, gdzie ktoś schludnie połączył dostępne informacje. Schludnie, bo ładnie uporządkowane i dość przejrzyście przedstawione. Znajdziemy dział z cytatami o sobie, z cytatami o futbolu w wykonaniu Cristiano; działy o karierze, działy na inne tematu typu kontakty z José Mourinho, czy ojcostwo. Krótko mówiąc: tony informacji, choć czasami można odnieść wrażenie, że autor koniecznie chciał go uznać za gorszego niż Lionel Messi.


„Obsesję doskonałości” można przeczytać, by uporządkować i odświeżyć sobie niektóre wiadomości, które już wyciekły z pamięci lub przyswoić kilka tych, które umknęły gdzieś po drodze. Nic więcej. Caioli wydaje się być chałturnikiem, które produkuje po kolei te biografie, ale nic za bardzo z tego nie wynika. Miast książek, treściowo bardziej przypominają tematyczne zeszyciki, takie dodawane do gazet. Trochę ględzenia i nic ponad to. No bo niestety, ale tytuł ten mógł przygotować każdy, część nawet z lepszym skutkiem.


Fanom Realu Madryt i Cristiano jak najbardziej można polecić, choć daleki jestem od podzielania opinii nad zjawiskowością tej książki. Jeżeli żaden z czynników (czyli ani Real, ani CR7) nie przyciąga, to mimo wszystko można się z nią zapoznać, jednak jeżeli ktoś zdecyduje się na jej ominięcie, nie straci zbyt wiele. Typowa średniawka, 3/6.


AppSport

poniedziałek, 07 maja 2012
Burneika odhaczony, czas na Małysza i Dodę

Zdaję sobie sprawę, że być może jestem dziwny, ale nie przepadam za internetowymi popisami Roberta Burneiki. Jakoś nie śmieszą i nigdy nie śmieszyły mnie jego suple, „stejki” i słynne „nie ma lipy”. O, to trzecie na swój sposób szczególnie podrażnia mój system nerwowy – od armii kwejkowiczów z gimnazjum, po jak zawsze alternatywnych studentów. Każdy to powtarza, dlatego mi zbrzydło. Wszyscy, niczym chór: nie ma lipy! Trzeba… Sami wiecie co trzeba robić ze „stejkami”. Żenujące.

 

Filmiki Burneiki niczego we mnie nie budzą, aczkolwiek sam Litwin wydaje się pozytywnym gościem. Jednak jest on dla mnie postacią internetową, wytworem YouTube’a, który dzięki internautom wszedł na salony. Gdyby Gracjan Roztocki był bardziej umięśniony, no i przede wszystkim gdyby miał parcie na bójki, prawdopodobnie i on dostałby swoją galę MMA. Marcin Najman, znany z przegrywania, pyskowania i kasowania pieniędzy, na pewno chętnie by w niej wystąpił.

 

Niedawno pisałem o tym jak łatwo dziś wejść do tego świata pieniędzy, ale wracam do tematu po raz kolejny, tym razem z powodów stricte sportowych. W piątek walka Burneika kontra Najman, który – mam wrażenie – staje się powoli symbolem tego polskiego sportu, lub konkretniej MMA. Cały przemysł kuleje jak Najman po walce z Saletą. To niesamowite, że jedne z najbardziej wyczekiwanych walk w Polsce dotyczą byłego strongmana, kulturysty i boksera, który jeżeli coś wygrał, to co najwyżej pas wójta gminy Kętrzyn, bo poważnego rywala nie było mu dane pokonać. A przecież oni wszyscy w tym MMA zasłynęli jednie gadaniem, choć bardziej z inicjatywy byłego, o zgrozo, boksera. Sama walka – szkoda słów. Precyzyjnie wykonujący plan, skaczący jak żaba Najman żenował widzów, ale nie swojego trenera. Ten, wyraźnie zadowolony krzyczał w przerwie „zajebiście, Marcin!”. No więc Najman kontra czołg, który z dumą obwieszcza, że nie przygotowywał się do walki. Publiczność wiwatuje. Halo, czy tylko dla mnie jest to bez sensu? Gość dostaje walkę i w ogóle nie trenuje, a ludziom się to podoba? Z jednej strony to żaden powód do dumy, ale w porządku – przecież miał prawo. Okazało się, że na Najmana nie trzeba nawet treningów. Absurd. 

 

Wydaje mi się, że gdyby w przypływie szaleństwa Adam Małysz rozpoczął medialną wojnę z którymś z braci Mroczków, pewnie i oni mogliby stanąć naprzeciwko siebie w oktagonie. I nagle obaj wypuszczaliby głupawe filmiki – bliźniacy groziliby, że gdy jeden się zmęczy to niezauważenie wejdzie drugi, a Małysz pokazywałby jak skoczy na rywala. I kółko by się kręciło, ogromny popyt poszedłby w górę, a niewykluczone przecież, że Małysz z Mroczkiem, jednym lub drugim, umiejętności mają te same co Burneika z Pudzianowskim.

 

To już nie jest sport w czystej postaci. Dotychczas sport jawił się jako lata treningów, talent i ogrom wyrzeczeń. Dziś jest inaczej, teraz MMA to inaczej walki celebrytów. Pozostaje tylko czekać na kolejny szczebel żenady, może w wykonaniu kobiet, kiedy to oburzona Doda zechce walczyć z ze swoją byłą menadżerką. Albo nie – ostatnio przypadkowo trafiłem na informację o trzech niemal nieznanych mi postaciach: niejaka Agnieszka Włodarczyk odbiła chłopaka niejakiej Anecie Zając, niejakiego Mikołaja Krawczyka. Mam więc propozycję – jeżeli obie panie nadal są nim zainteresowane, może niech się o niego biją? Ale nie gdzieś w zaciszu, by potem trafić na okładki plotkarskich gazet, tylko w świetle reflektorów, w formule MMA, lub jakiejkolwiek innej. Mogą nawet szarpać się za włosy. Polsat i tak chętnie to pokaże, ludzie równie chętnie kupią bilety. A ja równie chętnie wysunę kolejną propozycję. 

 

Ci wojownicy to jednak farciarze. Ilu jest przecież chętnych ludzi, by stoczyć taką walkę, nawet mimo braku umiejętności? Co tam stoczyć – by przegrać, skompromitować się, wyjść poobijanym, znalazłaby się masa chętnych, pewnie nawet za połowę mniejsze stawki. Właśnie, co do pieniędzy jeszcze – gdy przebierańcy chcą grać w piłkę, a grają, na przykład politycy kontra TVN, to mecz odbywa się na ładnym stadionie, przy komplecie publiczności, a cały dochód z biletów idzie na jakiś szczytny cel. Na chore dzieci, na przykład. Tymczasem tu mieliśmy tylko jeden taki przypadek i to też jakiś częściowy – Marcin Najman honorarium za pierwszą walkę z Przemysławem Saletą oddał na leczenie chorego 11-latka.

 

Chcesz obejrzeć walkę celebrytów – nie ma problemu. Gorzej, gdy miałem chęć pooglądać prawdziwy boks - mówię o walce Kliczki z Adamkiem – wówczas musiałem korzystać z usług niemieckiej stacji RTL, bo co zrobił Polsat, doskonale pamiętamy. Aburd goni absurd, spirala się nakręca. Ciekawe, co będzie dalej? Może Najman zacznie walki w kisielu?

 

AppSport

poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Dzień Ojca, zawał serca i genetyka - rzecznik Mourinho bawi się na całego

Jeżeli komuś wydaje się, że w Madrycie zaczyna być nudno, jest w poważnym błędzie. Wprawdzie José Mourinho coraz rzadziej raczy nas swoimi wypowiedziami, błyskotliwymi ripostami i insynuacjami, ale całkiem przypadkowo zbiegło się to ze zwiększeniem aktywności innego faceta, którego charakteryzuje niewyparzony język. A w zasadzie palce. Eladio Paramés i technika XXI wieku godnie zastępują portugalskiego menadżera, gdy ten postanawia zachować milczenie.


- Włamali się do domu Mourinho, a do więzienia idzie on – zaczął niespełna rok temu, całkiem spokojnie rzecznik prasowy trenera Realu Madryt. Wypowiedź dotyczyła kary, którą Portugalczyk otrzymał za słowa na konferencji prasowej po pierwszym meczu Ligi Mistrzów z Barceloną, kiedy to  skrytykował arbitra i zwrócił uwagę na fakt, że błędy sędziowskie przeważnie popełniane są na korzyść zespołu z Camp Nou. 


Kilka miesięcy później nazwisko Paramésa wstąpiło na pierwsze strony gazet, bo rzekomo poinformował dziennikarzy, że jego klient ma zamiar odejść z Madrytu. Jednak prawda wyglądała troszeczkę inaczej – numer telefonu, który niegdyś należał do rzecznika, był już numerem zupełnie innego człowieka, którym później okazał się zwykły chłopak. Po wypłynięciu informacji prawdziwy rzecznik szybko zdementował pogłoski i zapowiedział wejście na drogę sądową, a taka informacja niespecjalnie ucieszyła żartownisia, którego dziennikarze programu „Punto Pelota” po kilku próbach skonfrontowali z byłym właścicielem tego numeru. - Odpowiedziałem na wiadomość, który przyszła na moją komórkę i poddałem się chwili. Kiedy po południu zobaczyłem co się z tego porobiło, to nie wiedziałem czy się śmiać, czy płakać – napisał chłopak, który wolał pozostać anonimowy i ograniczył się do wysłania SMS-a. Sam Mourinho stwierdził, że żart był całkiem niezły, a Paramés dodał, że tłumaczenie przyjmuje, ale czeka na przeprosiny dla Mou i całego madridismo.


Prawdziwy festiwal ironii miał początek wraz z rozkręceniem się obecnego sezonu na dobre. - Już mamy Øvrebø 2 – stwierdził po meczu z Dinamem Zagrzeb, wygranym przez Real 1:0, kiedy to trener i piłkarze Realu dość głośno narzekali na poziom sędziowania młodego Norwega, Oddvara Moena. Kilka tygodni później znów zaatakował, tym razem katalońskie media: - Ktoś kiedyś powiedział, że imbecyle, idioci, kretyni i oszuści zasługują jedynie na nasze współczucie. Całkowicie się z tym zgadzam – wypalił, a José Mourinho jakiś czas później stwierdził, że opinie wyrażane przez Paramésa nie mają z nim nic wspólnego i są prywatnymi poglądami. 


Tak czy inaczej, to dopiero rok 2012 przyniósł całkowitą eksplozję przemyśleń bezkompromisowego rzecznika. Już na początku stycznia, podczas meczu w Pucharze Króla z Barceloną, zaczął ostro: - Oglądam właśnie spotkanie w portugalskiej telewizji, której nazwy nie chcę wyjawić, ale słuchając komentarza myślałem, że to Barça TV – napisał, „ćwierkając” na żywo ze swojego konta na Twitterze. - Ależ zmienił się Daniel Alves odkąd przybył do Hiszpanii. Zoperował sobie uszy, które kiedyś były mniejsze i nosi okulary intelektualisty. Tyle że osioł z małymi uszami i okularami nie staje się nagle doktorem, tylko nadal jest osłem – dodał po chwili i przeszedł do kolejnych ruchów: - Opowiadają mi, że piłkarze Barçy poprzez SMS-y przepraszali swoich kolegów z Realu Madryt za nurkowanie, pisząc że „muszą to robić, bo tak im powiedziano”. Interesujące – brzmiał jeden z nich, a wszystko zakończył potwierdzeniem słów „The Special One”: - Wszystko napisałem w swoim imieniu. Nie jako rzecznik Mou, tylko jako ciekawski obserwator, zmęczony oglądaniem, słuchaniem i czytaniem kłamstw. Możecie pisać, co chcecie, być może Mou będzie niezadowolony z tego co napisałem, ale komu podoba się futbol, ten musi pisać prawdę, o której nikt inny nie mówi.


Oczywiście Paramés przeprowadził całą relację live, a podobnych złotych myśli było zdecydowanie więcej. Jeszcze w tym samym miesiącu doszło do kolejnej kontrowersji, oczywiście kolejnej związanej z tym samym człowiekiem i tym samym kontem na Twitterze. - Schuster znów wypowiedział się na temat Mou, na temat trenera, który nigdy nie robi sobie wolnego. Z drugiej strony mamy właśnie jego, który nawet w dni robocze chodzi na imprezy. Barbarzyństwem jest wyjazd do Turcji, aby okłamywać ludzi, nie chodzić na treningi, ze wszystkimi przegrywać i skakać z radości, gdy klub cię zwalnia. Tak, to jest barbarzyństwo . Jeśli ktokolwiek ma jakieś wątpliwości, niech zapyta zawodników, którzy pracowali z nim w Turcji. Barbarzyństwem jest publiczna krytyka kolegi po fachu. Kolega po fachu? Cóż, możemy naciągnąć, że również jest trenerem. Schuster powiedział kiedyś, że zwycięstwo na Camp Nou jest niemożliwe. Tym stwierdzeniem sam sobie odpowiedział na pytanie, dlaczego żaden klub go nie chce. Może właśnie dlatego Schuster skupia się na gadaniu o Mourinho. Tak, to całkiem dobry sposób, aby przekonać zdezorientowanych – wybuchnął po tym jak Niemiec stwierdził, że skład wystawiony przez Mourinho na mecz z Barceloną był „barbarzyństwem”.


- Genetyka to fantastyczna sprawa. Wczoraj widzieliśmy Busquetsa w roli swojego ojca: wybił dośrodkowanie ręką... i to bez rękawic! – napisał tuż po meczu Atletico – Barcelona, wygranym przez gości 2:1. W lutym to było na tyle, natomiast w marcu… W marcu rozkręcił się do granic niemożliwości. - Wczoraj poszedłem obejrzeć jak Real Madryt wygrywa 4:1 na stadionie CSKA... Przepraszam... pomyliłem się, bo przez 90 minut słyszałem tylko Rosjan – na dobry początek zaatakował kibiców Realu, wtórując słowom samego Mourinho, któremu brakowało dopingu ze strony kibiców. Po zremisowanym przez „Królewskich” 1:1 meczu z Malagą, kwestią czasu był kolejny atak ze strony EP: - Najlepszego wszystkim ojcom, nawet temu sędziego z dzisiaj, który przecież nie jest winny, że ma takiego syna – pojechał, wykorzystując fakt, że tego dnia w Hiszpanii obchodzono Dzień Ojca. Kilka dni później, kolejny remis, więc naturalną sprawą był kolejny wpis: - Panie i panowie, proszę o ciszę i szacunek. Futbol umarł po zatrzymaniu akcji serca. RIP! – napisał po meczu z Villarrealem, w którym nie brakowało kontrowersji. Wszak po polsku może to nie mieć z meczem zbyt wiele wspólnego, ale w oryginale rzecz ma się całkiem inaczej. Po hiszpańsku „paradas cardiacas” to „zatrzymanie akcji serca”, a spotkanie sędziował Paradas Romero. 


Spokój trwał tylko kilka dni. Po pierwszej połowie rewanżowego meczu Ligi Mistrzów Barcelony z Milanem, Paramés po raz kolejny dorwał się do klawiatury. - Po pierwszych 45 minutach już wiadomo kto wygra Champions!!! – napisał, nawiązując do kontrowersyjnego karnego podyktowanego na korzyść piłkarzy Guardioli. Oczywiście na trenera Blaugrany także przyszła kolej: - Guardiola wygrywa dzięki sędziom, Mou dzięki pracy, gratulacje dla prawdziwego zwycięzcy!


Oczywiście to tylko część przemyśleń rzecznika prasowego Mourinho, który coraz aktywniej korzysta z sieciowych dóbr. Mając na uwadze zbliżające się rozstrzygnięcia na wszystkich frontach, można wyczekiwać na kolejne uderzenia. Bo Paramés raczej nie ma zamiaru przestać, a media zbyt smutne z powodu jego aktywności nie są. Ta za to znów może dać się we znaki. W końcu od Gran Derbi dzielą nas już tylko godziny…


21.04.2012 / AppSport

sobota, 21 kwietnia 2012
Getta z Ibrahimovicia nie da się wyciągnąć. Recenzja książki „Ja, Ibra”.

Piłkarska literatura w Polsce przeżywa prawdziwy boom – dopiero na półki sklepowe trafiło kilka biografii, na dniach mają wyjść kolejne, a na 2012 rok zapowiedziano już kilka następnych tytułów. I tak oto w ciągu najbliższych tygodni dostępna będzie autobiografia Andrzeja Iwana  pt. „Spalony”, której egzemplarze rozdamy w naszych konkursach, ale i „Mundial '74. Dogrywka”. Oprócz tego przed kilkoma dniami do sprzedaży trafiła kolejna pozycja dla fanów piłki sprzed niemal czterdziestu lat – „Deyna” autorstwa Stefana Szczepłka. Ale to nie wszystko, bo do końca roku zadowoleni będą również fani piłki zagranicznej, choć głównie Barcelony, bo aż trzy książki, a może nawet cztery, będą dotyczyły tego zespołu. „Mourinho vs Guardiola”, „Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata”, „Sekrety La Roja” i biografia Robina van Persiego – to jeszcze w tym roku na polskim rynku. 

 

My co jakiś czas, choć przede wszystkim – nieokreślony, będziemy publikowali recenzje. Powiemy czy warto wydać pieniądze, przeczytać i postawić na półce, czy lepiej w trosce o kondycję psychiczną i finansową omijać daną pozycję. Wszystkich tytułów raczej nie zrecenzujemy, ale zapewniamy, że na dzisiejszej się nie skończy. Każdą książkę ocenimy w różnych kwestiach i wystawimy ostateczną notę w skali szkolnej, czyli od 1 do 6. Dziś czas na pierwszy odcinek, więc uderzamy z grubej rury. „Ja, Ibra”, autobiografia Zlatana Ibrahimovicia. Zaczynamy.

 

Kim jest ów Szwed, główny bohater, pisać chyba nie trzeba. Ale jeżeli ktoś nie wie, informujemy: piłkarz. W dodatku bardzo dobry. Znany z niewyparzonego języka, braku piątej klepki i jakiegokolwiek przywiązania. Przejść z Barcelony do Realu? Dla niego to żaden problem, będzie gotowy za pięć minut. Gra w Interze i Milanie? A co w tym złego? Jego wspomnienia spisał szwedzki pisarz i dziennikarz David Lagercrantz, który z książkami ma już doświadczenie. W przeciągu piętnastu lat wydał ich dziesięć i właśnie ta była ostatnią z nich.

 

Znając Zlatana, nie należało spodziewać się miałkiej i nudnej książki. Raczej czegoś, gdzie królować będą bezczelność, bezkompromisowość i daleko posunięte chamstwo. No i piłka nożna, rzecz jasna. Ta książka właśnie taka jest – momentami przesiąknięta typową dla niego postawą, ale nie tylko. Zlatan otwarcie mówi o swoim dzieciństwie, o początkach, o głupich pomysłach, ale i o tym, co szczególnie może niektórych zainteresować – o konflikcie z Josepem Guardiolą. Odsłania rodzinne kulisy, opowiada o kradzieżach rowerów i zadaniach, które przed sobą stawiał. Czasami nietypowych, takich jak uszczęśliwienie José Mourinho, które wbrew pozorom nie było takie proste.

 

Były napastnik Barcelony nie przelał na papier byle czego. W końcu książki jego byłych kolegów - Iniesty czy Xaviego - zgodnie uznane zostały za pozycje głównie dla fanów „Blaugrany”. Jednak w tym przypadku jest inaczej, pozycja ta ma prawo trafić nie tylko do kibiców kilku drużyn, ale i każdego fana futbolu. „Ibra” jest na pewno postacią intrygującą, co tylko potwierdza jego myśl, która promowała książkę: „Możesz wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka”. Motto to wcale nie jest przypadkowe, bo z nim właśnie tak jest – wychowany na dzielnicy z nie najlepszą opinią, chłopak który nie boi się powiedzieć o sobie po prostu „bad boy” i pokazać środkowego palca w odwecie. Jak zapewnia, nigdy nie zapomina i to też udowodnił. Przed rozpoczęciem czytania warto – jak mawia Andrzej Twarowski – wygodnie usiąść w fotelu i zapiąć pasy.


Całość, już ta właściwa, rozpoczyna się od mocnego uderzenia – na dzień dobry dostajemy rozdział, który śmiało można zatytułować „Ibrahimović vs Guardiola”, a który jednak sprytnie połączony jest z innymi częściami o Barcelonie, które możemy przeczytać w drugiej połowie książki. Po krajobrazie wojny z Guardiolą, Lagercrantz przenosi czytelników na sam początek nie tylko piłkarskiej, ale i życiowej drogi piłkarza Milanu. Dowiadujemy się o nietypowej pasji młodego Zlatana, trudnym dzieciństwie – kochającym, ale i często pijanym ojcu – lub też siostrze chowającej przed nim narkotyki. Wraz z dorastającym Zlatanem pędzimy przez jego życie i zanim zdążymy na dobre przywyknąć do sytuacji rodzinnej, jesteśmy świadkami próby pozbycia się go z młodzieżowych drużyn Malmö, po chwili wraz z nim negocjujemy umowę z Ajaksem, aby zaraz sprzedawać go z Barcelony do Milanu. Książka wciąga; jest bogata w anegdoty, tłumaczenia własnego postępowania oraz perypetii pozaboiskowych. Bo czy wyobraża ktoś sobie zawarcie znajomości z „Ibrą” przez Internet? A jednak.

 

Z autobiografią Zlatana w ręku się płynie, czytanie nie sprawia większych problemów – ba, nie sprawia żadnych – i nie ma prawa męczyć. Ale mimo tego, brakuje istotnej rzeczy. Brakuje genu Zlatana w ręku, w piórze, Davida Lagercrantza. Nie ma tej typowej pewności siebie i ogromnej bezczelności w opowiadaniu kolejnych sytuacji. To nie jest Zlatan, który nawet w książce emanuje przerośniętym ego, który z lekkością zaraża nas swoim stylem bycia. Choć Ibrahimović zabiera czytelników w swój świat, nie zawsze odnosi się wrażenie czy czasami czegoś nie pamiętamy, gdy wraz z nim uczestniczyliśmy w rozmowach z Juventusem lub nakrywaliśmy prostytutkę z nietypowym klientem, bo i takie rzeczy zostały przedstawione. 

 

Książka znacznie przybliża kilka osób. Odkrywa ich drugą stronę. Znani z telewizji ukazani są tym razem od kulis i – co dla niektórych niewygodne – bez pytania o zgodę. Ale jest w błędzie ten, kto myśli, że to wyłącznie wylewanie pomyj dla podwyższenia sprzedaży. Jeśli ktoś zasłużył na szacunek, dostaje szacunek. Gorzej mają ci, z którymi Zlatan ma jakieś zatargi – wówczas bezlitośnie mieszani są z błotem lub odbiorca odnosi wrażenie, że powinien to zrobić samemu. Przekonali się o tym chociażby Fredrik Ljungberg, Rafal van der Vaart, czy Josep Guardiola.  

 

„Ja, Ibra” to na pewno książka o piłce, ale zgrabnie połączona z wątkami pobocznymi, które miały równie istotny wpływ na jego karierę i charakter. Pokazuje to choćby fragment dotyczący gorszego okresu w Barcelonie: „Dla bezpieczeństwa nie chciałem zaniedbać żadnego szczegółu, dlatego oczywiście rozmawiałem z Mino – wiele ruchów zawsze planujemy wspólnie – a później telefonowałem do starych przyjaciół. Chciałem spojrzeć na tę sprawę pod różnymi kątami i otrzymałem wszystkie możliwe rady i opinie. Chłopaki z Rosengård chcieli nawet przyjechać i wszystko roznieść. To bardzo miłe z ich strony, jednak nie uważałem, by była to słuszna droga”. Albo ten: „Przez całe dzieciństwo musiałem sam dawać sobie radę. Wokół mnie panowała pustka. Oczywiście, tata też ogromnie się poświęcał, rezygnował z zapłacenia czynszu, abym tylko mógł uczestniczyć w wyjeździe drużyny. Nigdy nie był jednak taki jak inni ojcowie, których widywałem. Nie przychodził na mecze żeby na mnie popatrzeć, nie dodawał mi otuchy w nauce. Miał swoje picie, swoją wojnę i swoją słowiańską muzykę”. Zresztą nawet fragment dedykacji mówi wiele o tym, co będzie można przeczytać dalej: „Chcę też zadedykować ją wszystkim dzieciom ,a zwłaszcza tym, które czują się trochę dziwnie i odmiennie, które nie są akceptowane”.

 

Autobiografia „Ibry” to jednak nie tylko coś, co pomaga zrozumieć jego osobę i postępowanie, na które czasami nawet sam autor nie ma wytłumaczenia. To też książka, która pokazała jak – niby nie mając prawa – można dojść do czegoś wielkiego oraz czym ta wielkość może skutkować. W tym przypadku przykładem jest ojciec zawodnika, na początku zagubiony z piwem przed telewizorem, a po pewnym czasie przylatujący samolotem w garniturze. Całość rzuca nowe światło na niektóre sprawy oraz osoby i choć może nie jest to najbardziej skandalizująca książka ostatnich lat, to na pewno nie brakuje w niej ciekawych wątków i informacji, solidnie wydanych, dodatkowo okraszonych dobrej jakości zdjęciami. Ocena: 5-, głównie za drobne ubytki Zlatana w Zlatanie podczas narracji, czasami zbyt małą uwagę poświęconą wydarzeniom na boisku i przemilczany cytat po podpisaniu kontraktu z Milanem. Niemniej takich książek w piłce potrzeba, bo szalonych historii nie brakuje. Może ją przeczytać każdy, jako że podobnie jak „Folwark zwierzęcy” nie jest tylko dla rolników, tak „Ja, Ibra” wyłącznie dla fanów futbolu.

 

20.04.2012 / AppSport

piątek, 20 kwietnia 2012
Smok Janko, czyli nowa jakość w ataku Porto?

Cała Austria u stóp, rozgłos na świecie i transferowe spekulacje – gdzie trafi? Jaki kierunek obierze? W sezonie 2008/2009 Marc Janko strzelił w austriackiej Bundeslidze prawie 40 goli i zwrócił na siebie uwagę nie tylko Austriaków, ale i całej piłkarskiej Europy. Taka liczba bramek budziła spore zainteresowanie, zwłaszcza że podobnych liczb w rozgrywkach ligowych nie uzyskiwał jeszcze Cristiano Ronaldo. On jednak niespodziewanie został w Salzburgu i zdawało się, że podobny sezon już mu się nie przytrafi. I owszem, tyle już nie strzelał, ale i tak wyjechał za granicę. Dziś stoi przed ciężkim zadaniem – w FC Porto musi zastąpić Radamela Falcao.


O tym, że Porto ma prawdziwą smykałkę do interesów było wiadomo od dawna. Taniej kupić, drożej sprzedać – ot, cała filozofia „Smoków”. Ale też filozofia, na której przejechało się już wielu, i która łatwa w realizacji jest tylko pozornie. W końcu przekonał się o tym sam prezes Jorge Pinto da Costa, który latem 2011 roku przekombinował. Choć pewnie prędzej czy później ten biznes i tak mu wyjdzie, to oczekiwanych efektów nie widać było od razu, więc zimą musiał lekko zluzować klubowy sejf i sięgnąć po posiłki.


Wprawdzie w środku sezonu tragedii nie było, ale umówmy się – rewelacji też nie. Pod koniec grudnia Porto odpadło z Ligi Mistrzów, a w Lidze Europy skończyło swój udział na tym samym szczeblu co Wisła Kraków i Legia Warszawa. Zawodnicy Vítora Pereiry zebrali brutalne lanie od Manchasteru City, przegrywając dwumecz aż 1:6, a do tego w lidze przewaga nad Benfiką nie należała do najbezpieczniejszych. Zarzut był jeden – za mało goli. I choć różnica bramek piłkarzy Porto i tak była godna pozazdroszczenia, to napastnicy nie dziurawili rywali jak przed rokiem, przeciwnicy nie przegrywali meczów już w tunelu, a gra ofensywna nie cieszyła oka jak wcześniej. Na początku lutego nawet Hulk miał siedem goli, do tego Silvestre Varela strzelał co sześć meczów, a sprowadzony latem Kleber jak w końcówce listopada przestał strzelać, tak nie może zacząć do dziś. I choć nie zawsze mieścił się w składzie, to Porto zdążyło rozegrać prawie dwadzieścia meczów, a Brazylijczyk nadal trafił ledwie sześciokrotnie.


To właśnie Kleber miał zastąpić sprzedanego do Atletico Madryt za czterdzieści milionów euro Radamela Falcao. Młody, bo 21-letni latem 2011 roku napastnik wydawał się całkiem rozsądną opcją - w Portugalii grał już od dwóch lat w ramach wypożyczenia z Atlético Mineiro do Maritimo, gdzie wyglądał dość przyzwoicie, strzelając piętnaście goli. No i cena, dzięki której podpisał pięcioletni kontrakt z FC Porto – niecałe 2,5 miliona. Gdyby odpalił od razu, byłby transferowym majstersztykiem. 37 milionów plus równie skuteczny napastnik co Falcao – bomba. 

 

Jednak bomby mają to do siebie, że czasem nie wybuchają. Tak też było i tym razem, bo chociaż w listopadzie Kleber zadebiutował w reprezentacji Brazylii, to od tego czasu kompletnie się zaciął. Przestał strzelać, przez co bez gola pozostaje już od pięciu miesięcy. Ale to nie jedyne zmartwienie wychowanka Atlético Mineiro, bo w związku ze słabą formą napastników, w lutym doczekał się konkurenta. Za ponad trzy miliony Enschede na Porto zamienił Marc Janko.

 

Niebezpieczny jak kobra, a w dodatku uosobienie siły i środkowego napastnika – tak opisywały go portugalskie media, które dodawały, że jest to idealny kandydat do zrealizowania wizji trenera Pereiry. Ale niekoniecznie też wizji i standardowym działaniom prezesa da Costy, który w nawyku ma sprowadzania młodych Portugalczyków i Latynosów. Trzeba przyznać, że 28-letni Austriak średnio pasuje do tego towarzystwa, choć i w jego przypadku zastosowano standardowy trik: klauzula odstępnego. Wpisano dwadzieścia milionów, tak na wszelki wypadek.


Janko po rozegraniu swojego najlepszego sezonu w życiu postanowił zostać w RB Salzburg, a następnie 1,5 sezonu spędził w holenderskim Twente. W Holandii znów zaczął się rozkręcać, bo w ciągu pierwszego sezonu strzelił czternaście, a w ciągu połowy drugiego, już dziesięć goli. Te liczby przekonały szefów Porto, że warto na niego postawić. Że to będzie odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Że razem z Hulkiem stworzą jeden z najsilniejszych (całkiem dosłownie) duetów ofensywnych nie tylko w Portugalii, ale i całej Europie.


Portugalskie media zaznaczają, że z powodu swojego prawie dwumetrowego wzrostu nie będzie najlepszą opcją na techniczną i finezyjną piłkę, zwłaszcza że Porto gra w systemie 4-3-3, najczęściej z Hulkiem i Jamesem Rodríguezem na bokach. Jednak słaba predyspozycja do gry na boku nie oznacza od razu zmiany ustawienia – Janko grać ma w samym środku. Jego zadaniem będzie wykańczanie akcji kolegów, branie na siebie rywali i robienie im miejsca w polu karnym. Już teraz niektórzy mówią, że jest pierwszym tego typu piłkarzem od czasów… Mario Jardela. – Zdolności Janko i jego przydatność do systemu zostaną wystawione na próbę, ale to on wydaje się być tym, czego szukają w Porto – pisały media. 


Na oficjalnej stronie Red Bulla możemy znaleźć bloga prowadzonego przez Janko, który tak oto opisywał swoje pierwsze wrażenia po transferze: - Przejście do Porto było najważniejszym wydarzeniem w mojej karierze. To zaszczyt grać dla klubu, który w ostatnich latach osiągał tyle sukcesów. Wiem, że wymagania są tu bardzo wysokie i postaram się je spełnić. Ostatnie dni były bardzo stresujące, emocjonalne pożegnanie z kolegami w Enschede i wyjazd na testy medyczne do Portugalii. (…) Pierwsze spotkanie z nowymi kolegami wypadło bardzo pozytywnie, od razu zostałem potraktowany jak członek grupy. Mamy dużo chłopaków z Ameryki Południowej, przez co kontakt jest trochę utrudniony, ale niebawem zabieram się za kurs portugalskiego i powinno być z górki.


To tylko ciekawsze fragmenty, choć reszta napisana jest w podobnym tonie – jestem w Porto, jest miło i przyjemnie, ja trenuję i gram w piłkę. Ale przyjemnie może nie być, gdy nie będzie zdobywał bramek. Początek zaliczył bardzo dobry – trzy gole w pierwszych trzech meczach, ale potem było już gorzej. W dziewięciu spotkaniach trafił zaledwie dwukrotnie, a od jakiegoś czasu nie może strzelić w ogóle. Musi pamiętać, że jednemu jak już licznik zaczął bić, tak nie może przestać…

 

18.04.2012 / AppSport

środa, 18 kwietnia 2012
Pięć lat później: Real, Napoli, czy Limerick?

Niemal pięć lat temu reprezentacja Polski U-20 wyleciała do Kanady na Mistrzostwa Świata, co już było całkiem niezłym osiągnięciem. Ale oni na tym nie poprzestali i ku zdziwieniu wszystkich nawet zajęli drugie miejsce, dający bezproblemowy awans dalej kosztem faworyzowanej Brazylii. Ba, ograli ją też w bezpośrednim meczu. W Polsce nastąpiła naturalna reakcja – radość, uznanie i nadzieje. Czyżbyśmy w końcu mogli liczyć na coś więcej? Czy rośnie nam niezwykle utalentowane pokolenie? Pytania dość szybko zaczynały się mnożyć.

 

W końcu nikt za bardzo nie liczy się z mistrzostwami U-17, czy U-16. Nie żeby to nie cieszyło albo nie miało większego znaczenia, ale ogrywanie juniorów to jedno, a przejście do seniorskiej piłki drugie. I właśnie to drugie naszym (zresztą nie tylko naszym – większości) niespecjalnie się udawało. Nawet mistrzostwo w przeróżnych kategoriach wiekowych wygrywały śmieszne – patrząc na standardy pierwszych reprezentacji – kraje, a kilka lat później nikt o tych triumfatorach nie słyszał. Tym razem miało być inaczej, bo i turniej jakby z większą reputacją.

 

Nasi młodzieżowcy zaczęli od mocnego uderzenia i to całkiem dosłownie, gdy Grzegorz Krychowiak, chłopak o którym mało kto słyszał, świetnym strzałem dał prowadzenie i w końcowym rozrachunku zwycięstwo nad Brazylijczykami. A to przecież byli faworyci nie tylko tego meczu, ale i całego turnieju. Ostatecznie okazało się, że pokonanie Brazylii było pierwszym i ostatnim triumfem Polaków, ale to i tak budziło entuzjazm. Przez kolejne lata nie mówiono o nich jako o zespole, który przegrał 1:6 z USA, a jako o pogromcach Canarinhos. Zawsze wielkich Canarinhos.

 

I pięć lat później jakże przykro patrzy się na skład reprezentacji Michała Globisza. Pierwszy bramkarz, od lat uznawany za talent, Bartosz Białkowski jak już wskoczy do bramki Southampton, to ląduje na pozycji promowanych newsów na stronach głównych wyspiarskich brukowców. Niestety nie z powodu znakomitych interwencji, a wręcz przeciwnie. Ostatnio puścił tak, że śmiali się wszyscy – od zamieszkałych wiosek w Zimbabwe (zapewne i tam ktoś ma dostęp do Internetu), po Szwedów z Malmö. Na drugim biegunie wylądował Wojciech Szczęsny, częściowo też Przemysław Tytoń. Ben Starosta, Maciej Dąbrowski i Jakub Feter zbytniej kariery nie zrobili. Ten ostatni na przykład niedawno wzmocnił Włocłavię Włocławek. Może zastanawiać co jest gorsze – wiecznie być anonimowym, czy mieć swoje pięć minut, pobierać pieniądze w Rosji, a potem nie zaliczyć testów w drugiej lidze irlandzkiej? Taki los spotkał Dawida Janczyka, który kilka tygodni temu rozpoczął testy w Limerick F.C. A skoro kontraktu nie podpisał – najwidoczniej ich nie zaliczył. Trzeba nadmienić, że mówimy również o pięciokrotnym reprezentancie Polski, który jeszcze 2,5 roku temu występował w eliminacjach MŚ 2010. Z drugiej strony nie można się tak bardzo znęcać nad tymi reprezentantami, bo spośród piłkarzy pierwszego składu, niemal wszystkim udaje się robić większą lub mniejszą karierę - Patryk Małecki, Jarosław Fojut, czy Tomasz Cywka na brak zainteresowania nie narzekają, a taki Adam Danch, Mariusz Sacha i Łukasz Janoszka są solidnymi ligowcami.

 

To naprawdę ironia losu, że po meczu gratulowano nam obrony, która skończyła praktycznie najgorzej. Trener Brazylijczyków był pod wrażeniem: - W tym meczu nie graliśmy źle, mieliśmy wiele okazji do zdobycia bramki, ale zabrakło wykończenia. Gdy zaczęliśmy grać w przewadze, próbowaliśmy więcej akcji przeprowadzać skrzydłami, ale jakoś to nie funkcjonowało. Gdy chcieliśmy przedrzeć się środkiem, też nie było najlepiej. Polakom gratuluję znakomitej obrony, a dla nas jest to nauczka, że w następnych meczach musimy grać znacznie szybszą wymianę piłki – mówił zaraz po meczu. Euforię tonował Michał Globisz, zaznaczając że z trzema punktami nie da się awansować. No to ostatecznie awansowali z czterema, bo na koniec fazy grupowej dorzucili remis z Koreą Południową. Po spotkaniu z Brazylią był dumny jak paw, a kilka dni później po laniu z USA, naturalnie nie miał się czym chwalić. - Wynik 1:6 jest konsekwencją gry w dziesiątkę przeciw Brazylii. Moi zawodnicy załamali się po drugim golu dla rywali i nie mogli już nic więcej zrobić – bronił swoich podopiecznych Globisz. Inna sprawa, że ten sort niezbyt udał się Brazylijczykom, bo z piłkarzy wyjściowego składu wielką karierę robi tylko David Luiz, a Renato Augusto, Alexandre Pato i Jo taką… średnią, oczywiście jak na tamtejsze warunki.

 

Janczyk w turnieju strzelił trzy gole, choćby tyle co wspomniany Pato, Giovani dos Santos i Ángel Di María. Towarzystwo naprawdę zacne, wszak wyprzedził choćby Mauro Zarate, Arturo Vidala, Juana Matę, a nawet Edisona Cavaniego – oni wszyscy strzelili tylko dwukrotnie. Królem został Sergio Agüero. I można tak wymieniać cały czas, aż do śmierci…

 

Ale nie chodzi o wymienianie. Można się zgodzić, że Argentyna wygrała z nami tylko 3:1, a potem turniej zakończyła na pierwszym miejscu. „Tylko” 3:1, bo to zawsze lepsze od przegranej różnicą pięciu goli ze Stanami Zjednoczonymi, której gwiazdy po kilku latach wróciły do kraju z podkulonym ogonem – wieczny talent, Freddy Adu szukał ligi i klubu, gdzie mógłby udowodnić twierdzenie Pelego, który robił z niego przyszłego geniusza futbolu. Efekt jest taki, że mimo nieskończonych 23 lat, Adu zagrał już w ośmiu klubach i nie poradził sobie nie tylko w Benfice Lizbona, ale też w drugiej lidze tureckiej. Jeszcze gorzej było z Dannym Szetelą, tym od polskich korzeni – ostatni raz widziano go kilka lat temu, podczas aresztowania za udział w bójce. A przecież gole tylko tej dwójki kosztowały Polaków aż pięć straconych goli.  

 

Nie wszyscy, którzy wypracowali sobie brawa od ekspertów i skautów skończyli na samej górze. Niektórych czekał tradycyjny zjazd. Jeszcze kilka lat temu walczyli między sobą jak równy z równym, a dziś zostaliby rozniesieni w proch i pył. Kolejny raz okazało się, że młodzieżowe mistrzostwa mogą być złudne, a najlepszą gwarancją jakości są sukcesy pierwszej kadry. Reszta to tylko miły dodatek, ale taki nie dający solidnej gwarancji. Zapytajcie Czechów, którzy przegrali dopiero w finale - Luboš Kalouda, też strzelec trzech goli, też z kontraktem w CSKA Moskwa, razem z Janczykiem niedawno oblał testy w Irlandii.

 

13.04.2012 / AppSport

czwartek, 12 kwietnia 2012
Nowa droga i odpowiedni tor. Zmiana warty w Leverkusen.

To w zasadzie może tłumaczyć postawę Bayeru w ostatnich spotkaniach. Nie zapomnieli przecież jak się gra w piłkę, trener nie bardzo radził sobie z taktyką, gra i tak nie układała się nadzwyczajnie (a o taką ciężko, bowiem w minionym sezonie pod wodzą Juppa Heynckesa Leverkusen zajęło drugie miejsce w lidze), do tego poszedł na wojnę z elitą. Tyle wystarczyło, by piłkarze pozbyli się wrzodu.

 

- Musimy wyciągnąć wtyczkę – powiedział Rudi Völler, a następnie przypieczętował zwolnienie Robina Dutta. A w zasadzie to przypieczętowało je kilka porażek z rzędu Bayeru Leverkusen, w tym kompromitujące 1:7 na Camp Nou z Barceloną.

 

Czy ten eksperyment miał prawo się udać? Wątpliwe, choć stawiając to samo pytanie w kontekście rundy wiosennej, odpowiedź jest inna – niemal niemożliwe. „Aptekarze” grali poniżej oczekiwań, a kibicom zostawało coraz mniej cierpliwości. W końcu klamka zapadła po meczu z Freiburgiem, dzięki czemu historia zatoczyła koło. To właśnie z tego klubu przed sezonem do Leverkusen przeszedł Dutt, którego wypromowało 9. miejsce z czerwono-czarnymi na koniec poprzednich rozgrywek. Kto wie, czy gdyby nie przedwczesne zwolnienie, nie powtórzyłby tego wyniku…

 

Ale na pewno nie tego od niego oczekiwano. Na przejście Barcelony raczej nikt nie naciskał, jednak na potężne lanie w dwumeczu też nie, o szóstym miejscu w lidze nawet nie wspominając. Kamień z serca  spadł kibicom dopiero po meczu z Freiburgiem, oczywiście przegranym. 0:2 na własnym boisku dało jasny sygnał działaczom, że może być tylko gorzej, a ci decyzję o zwolnieniu 47-latka podjęli już przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Po upływie 70. minuty prezes Wolfgang Holzhäuser wraz z dyrektorem sportowym Rudim Völlerem opuścili swoje miejsca i rozpoczęli przygotowania do rozmowy z trenerem, który nim dowiedział się o dymisji, najpierw wysłuchał co do powiedzenia mają kibice. Ci drwili z niego niemiłosiernie, domagając się w końcu trenera z prawdziwego zdarzenia. Dzień później zorganizowano konferencję prasową, na której fani poznali nazwiska nowych szkoleniowców - Saschy Lewandowskiego i Samiego Hyypii. Niewykluczone, że właśnie wpadli z deszczu pod rynnę, bo o ile Dutt miał jakąkolwiek reputację trenerską, to nowi opiekunowie nie posiadają jej wcale. Sascha o swojsko brzmiącym nazwisku dotychczas odpowiadał za drużynę U-19, a Hyypiä jeszcze do niedawna uganiał się za piłką. Mimo tego, nowi trenerzy nie widzą przeszkód, by wygrywać: - Musimy wypełnić swój cel. Mamy zespół z odpowiednimi piłkarzami i mocno wierzę, że z Saschą uda nam się osiągnąć sukces. Jesteśmy drogą, dzięki której Bayer wróci na odpowiedni tor – odważnie zapowiedział były piłkarz Liverpoolu.

 

- To ból na poziomie emocjonalnym, ale jestem w stanie zrozumieć powód tej decyzji. Doszedłem do drzwi, ale nie chcę wychodzić tymi tylnymi – powiedział na pożegnalnej konferencji Dutt. Kilka minut po tym jak opuścił salę, pojawiła się na niej wspomniana dwójka, która za wyniki odpowiadać ma tylko do końca sezonu. Podobno w lipcu stery przejmuje Ralf Rangnick, ale to tylko spekulacje, oficjalnego potwierdzenia w tej sprawie na razie próżno szukać.

 

- Musieliśmy oczyścić atmosferę wokół klubu, ale to nie była łatwa decyzja. Ciężko było ją podjąć zwłaszcza na płaszczyźnie ludzkiej – stwierdził Holzhauser. Niewykluczone, że tak było naprawdę, ale w końcu nie za bycie fajnym facetem płacono Duttowi. Wynagrodzenie pobierał za wyniki, a tych nie było od początku. Atmosfery w zespole też jakby brakowało. Na przykład stwierdzenie, że tylko jeden z dwójki Simon Rolfes i Michael Ballack może przebywać na boisku w tym samym momencie nie było najtrafniejsze, podobnie jak wydanie zakazu spożywania czekolady z klubowego bufetu. Niemieckie media uważają, że po udanym epizodzie z Freiburgiem zabrakło dostosowania taktyki do potrzeb Bayeru, przez co cała przygoda skończyła się jak się skończyła. Dyscyplina w klubie to też tylko pozory, bo podczas przygotowań do tego ostatniego meczu Dutta, Rolfes i Gonzalo Castro nie wykazywali zbyt wielkiego zaangażowania. W obliczu całej sytuacji, znając ostateczną decyzję Völlera, tym bardziej zabawnie brzmią jego słowa wypowiedziane kilka dni wcześniej: - Robin Dutt kieruje tą drużyną i mamy do niego pełne zaufanie. Teraz musimy bronić naszej obecnej pozycji, by zagwarantować sobie występ w Lidze Europejskiej, a taki cel mieliśmy od początku sezonu. Przegraliśmy kilka ostatnich meczów, ale wcześniej wygraliśmy trzy inne.

 

Jak na kilka miesięcy pracy, Dutt w kronikach z BayArena zostawił po sobie całkiem sporo. Jedna z najgorszych porażek w historii klubu – od 3:0 do 3:4 z Dynamem Drezno w Pucharze Niemiec,  najwyższa porażka na własnym boisku w derbach z FC Köln (1:4), a na pożegnanie najwyższa porażka w Lidze Mistrzów – 1:7 z Barceloną. Na koniec sam zainteresowany dość specyficznie podsumował swoją pracę: - Nie zawsze trener ma klucz do zespołu. Gdy poczułem, że już go znalazłem, nastąpiło kilka porażek, a ostatnich tygodni nie mogę nawet analizować, choć nie winię za to zespołu, aczkolwiek nie grali tak jak powinni…

 

Niektórzy silą się, by porównywać Dutta do Andre Villasa-Boasa, którego nie tak dawno zwolniono z Chelsea. Wprawdzie Dutt ani w minionym roku, ani wcześniej nie wygrał wszystkiego co było do wygrania, ale z Portugalczykiem łączy go jedno – odbiór przez piłkarzy. Niemieccy dziennikarze są zdania, że były trener „Aptekarzy” cieszył się podobną estymą w szatni co AVB, czyli… dość mizerną. Dodatkowy zarzut stanowi zmuszenie do odejścia w styczniu Hanno Balitscha, którego koledzy na początku rozgrywek wybrali do rady drużyny. Nie trzeba chyba dodawać, że to prosty sposób, by zadrzeć z szatnią?

 

10.04.2012 / AppSport

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19